piątek, 26 sierpnia 2011

Francja - Odcinek 7

I oto już środa. Mój ostatni dzień we Francji.
Rano szybki wypadzik z Pauline do sklepu chińskiego. Pauline i Edouarde mieszkają w chińskiej dzielnicy Paryża mogłam więc poczuć namiastkę ryżowego kraju. :) W tym ogromnym supermarkecie pełnym dziwnych rzeczy opisanych jeszcze bardziej dziwnie :D pierwszy raz miałam okazję dotknąć prawdziwego duriana. Leżały na stercie tak jak u nas leżą pomarańcze czy arbuzy. Uważając by nie nadziać nosa na sterczące zewsząd igły ostrożnie podniosłam ciężkiego owoca. Chciałam sprawdzić czy da się przez skórkę poczuć jakiś zapach, ale niestety jedyne, co poczułam to dość grube, twarde i długie kolce. Kupuję herbatę jaśminową w ślicznym, kwadratowym, blaszanym pudełeczku, ryż, suszone morele i z pełną reklamówką opuszczam sklep. Powrót do domu i od razu wyjazd do francuskiej wegańskiej restauracji, którą Sophie siostra Pauline znalazła specjalnie dla mnie. :) Po zjedzeniu ryżu z fasolą jedziemy do muzeum muzyki. Tam wchodzimy za darmo, bo nie trzeba kupować biletów. Już na wstępie dostaję takie śmieszne urządzonko wyposażone w klawiaturę taką jak telefoniczna i w słuchawki. Słuchawki zakłada się na uszy, a urządzonko wiesza na szyję i przy każdym instrumencie lub grupie instrumentów jest numer, po wybraniu którego w słuchawkach słyszymy dźwięk instrumentu. Możemy też oczywiście wybrać sobie język komentarza, w którym chcemy słuchać objaśnień. Prócz tych urządzonek dostajemy jeszcze grubą książeczkę w brajlu. Tam poznaję kilka francuskich cyfr, bo Pauline i Edouarde pomagają mi odnaleźć się w tym stosie kartek. Najwyraźniej przy każdym eksponacie jest też napisany numer strony, na której znajduje się krótki opis w brajlowskiej książeczce. W tym ogromnym kilkupiętrowym muzeum spędzamy ładnych parę godzin. Jest ono podzielone na różne pokoje. W Każdym z nich jest coś w rodzaju ławeczki i kilka tabliczek przyczepionych na łańcuszkach z modelami instrumentów. Każda z tabliczek ma oczywiście opis w brajlu i każdej można dotykać. Pokoje podzielone są na różne rodzaje instrumentów, a także na różne rodzaje muzyki. Mi najbardziej podoba się w pokoju gdzie jest muzyka z różnych kontynentów. Podczas wizyty w muzeum trafiamy też na koncert. Nie wiem jak nazywał się ten instrument, ale wiem, że był popularny w średniowieczu. Osoba grająca kręci korbką i za pomocą tej korbki wydobywa dźwięki.
Po opuszczeniu tego radosnego miejsca powrót do domu. Tam próba spakowania mojego bagażu. Niestety granica 10 kilogramów zostaje dość mocno przekroczona. Cóż, z żalem wyjmuję z bagażu ryż i morele. Wyrzucam też wszystkie kosmetyki, szczotkę do włosów i krople żołądkowe. No, wreszcie. Jest równo 10 kilo. Największą radość sprawiło mi to, że nie muszę rezygnować z kamyczków nazbieranych podczas weekendu. Szczotka też zmieści się do torebki, a wszystkie grube rzeczy jakie posiadam ubiorę na siebie.
- Wolę wyglądać jak Eskimos niż wyrzucić coś jeszcze. – Pomyślałam zapinając walizkę.

Wieczorem jedziemy pod Paryż na lunch do kolejnych znajomych Pauline i Edouarda. Pierwszy raz mam okazję zjeść ryż ugotowany z mlekiem kokosowym, a do tego warzywka. Na deser dostaję sałatkę przygotowaną ze Świeżych owoców. Po 22:00 wracamy do Paryża.
- Oh, it is this song! – Powiedziałam słysząc znajomą piosenkę.
Dzięki Edouardowi, który wysłał mi linka zawsze już w uszach będę miała wszystkie te beztroskie, radosne i pełne ciepła chwile spędzone z nimi.


W czwartek pobudka przed 07:00. Sojowy jogurt, trochę suszonych moreli i wyjazd na lotnisko. Po godzinie jesteśmy na miejscu. Pauline prowadzi mnie do Sali odlotów, a gdy po chwili dołącza do nas Edouarde nie jestem w stanie pohamować pędzących z siłą wodospadu łez. Idąc w towarzystwie asystentki do odprawy musiałam wyglądać jak ktoś, kto właśnie stracił wszystkich znajomych, całą rodzinę, a na dodatek przed chwilą został okradziony i spalił mu się dom. Sama nie wiem dlaczego nie mogłam zapanować nad emocjami i dlaczego tak okropnie płakałam. Tak bardzo chciałam by wszystko, czego doświadczałam do tej pory jeszcze trwało.
- Spróbuj cieszyć się tym, co przeżyłaś. – Mówiłam do siebie wycierając oczy. Wiem, że jeszcze wrócę do Pauline i Edouarda. Paryż zawsze będzie pachniał mi szczęściem, beztroską i wolnością.


Pauline, :)))) Edouarde, :))) thank you for every beautiful moment.

niedziela, 21 sierpnia 2011

Francja - Odcinek 6

Wtorek rozpoczęłam od wczesnej pobudki. Już przed 9: 00 byliśmy umówieni ze znajomym pod wierzą Eiffla. Jak zwykle omijamy kolejkę, kupujemy bilety i już po chwili pniemy się po metalowych schodkach w górę. Co jakiś czas mijają nas ludzie schodzący w dół i zmierzający tam gdzie my. Wreszcie docieramy do pierwszego piętra. Tu przystanek. Zamiast barierek jest coś w rodzaju siatki przez którą można patrzeć na panoramę Paryża. Dla mnie największą frajdą były tabliczki w brajlu. Prócz nich było coś w rodzaju takiej makiety zbudowanej z metalu. Makietka umieszczona na tablicy przedstawiała konstrukcję wierzy Eiffla, ale były tam również inne rzeczy np. miniaturka najwyższego budynku świata czy miniaturowa Statua Wolności. Wszystko rzecz jasna z opisami w brajlu. Po nacieszeniu rąk :))) metalowymi kropeczkami czas na dalszą wspinaczkę. I już dochodzimy do drugiego piętra. Tu chwilkę się kręcimy i powrót na dół. Myślałam, że wejdziemy na samą górę, ale niestety o ile dobrze zrozumiałam to trzeba byłoby kupić jakiś drugi bilet, a na to nikt z nas nie miał ochoty.
W samochodzie temperatura przypominająca tę, która panuje w chucie. Na szczęście w miarę szybko docieramy do Montmartre gdzie czeka na nas Pauline. Tam oglądam urokliwy maleńki kościółek. To miejsce jest też dla Paryżan sercem ich stolicy. To tu właśnie od lat gromadzą się artyści, turyści, i Paryżanie. Chodząc po brukowanych uliczkach miałam wrażenie, że jestem w miejscu, gdzie sztuka wyziera z każdego konta.
Po opuszczeniu "serca Paryża" czas na przejażdżkę do maleńkiej miejscowości. Tu mieści się dom Louisa Braille'a. To miejsce jest dla mnie ważne z wielu powodów. Po pierwsze dlatego, że dzięki temu człowiekowi ja mam szansę pisać i czytać, a po drugie dlatego, że tak naprawdę w szkole nigdy nikt nie opowiedział mi o Louisie Braille’u ani też nie przedstawił dokładnej historii powstania pisma brajla. Po muzeum składającym się z kilku małych budynków oprowadzała nas przemiła dziewczyna, od której na koniec dostałam francuski alfabet brajla. Przed wyjściem jeszcze pamiątkowe zdjęcia i po pełnym wrażeń dniu wracamy do Paryża witającego nas deszczem.
W domku lunch, ustalenie planu na dzień jutrzejszy, kąpiel i spać.
- Oh, i oto kolejny dzień pachnący szczęściem już dobiegł końca. Pomyślałam odkładając laptopa na podłogę obok łóżka.

środa, 10 sierpnia 2011

Francja - Odcinek 5

Poniedziałkowy poranek pełen słońca. Dziś Pauline musi popracować siedzę więc w kuchni z Edouardem i oglądamy zrobione dotychczas zdjęcia. Edouard mówi mi co na nich jest, a ja robię sobie w nazwie skrócony opis tak, bym wiedziała jaka jest zawartość fotki.
- Oh, what’s the name of song? – Ożywiłam się nagle słysząc w radiu coś, co podziałało na mnie mniej więcej tak, jak działa woda na spragnionego czy słońce na budzące się do życia kwiaty.
- Yyy, I don’t know but I will find.
- This song is beautiful. :)

Po opisaniu zdjęć małe zakupy. I w sklepie czekała mnie miła niespodzianka, bo udało się nam znaleźć daktyle, które widziałam na wczorajszym obiedzie. Najfajniejsze było to, że były normalnie na gałązkach tak, jak u nas winogron z tą tylko różnicą, że w opakowaniu tych gałązek było kilka.

Popołudnie upłynęło pod znakiem łodzi. Ja, Pauline i jej siostra z córeczką umówiłyśmy się na wspólny rejs po Sekwanie. Na dworze afrykański upał, ale mi absolutnie to nie przeszkadza. Bardziej od upału przeszkadza mi ten cały turystyczny szum, który w żaden sposób nie pozwala na to by tak po prostu trwać i zachwycać się tym, że jest prawdziwie letni dzień, tym, że stoję właśnie przed łodzią, która za moment na swoim pokładzie przeprowadzi mnie bezpiecznie przez wody Sekwany albo w ogóle samą świadomością, że jestem tu gdzie jestem. Miejsce przed kasami biletowymi pełne węży i wężyków syczących w różnych językach. Na szczęście i tym razem nie brałam udziału w wężowym pełzaniu do kas. I już siedzimy w łodzi na rozkładanych krzesełkach. Każde z nich wyposażone jest w słuchawkę z klawiszami ułożonymi w dwóch rzędach. Każda słuchawka umieszczona jest po prawej stronie krzesła i po wyciągnięciu przypomina trochę słuchawkę telefonu z budki telefonicznej. Tylko układ klawiszy jest inny i nie ma ich tylu, co w telefonie. Jeszcze większym zaskoczeniem i zdumieniem było to, iż podczas rejsu po rzece z tej właśnie słuchawki płyną mi do ucha komentarz w moim własnym, ojczystym języku.
- Ach, dziś w ogóle dzień odrobinkę polski. – Pomyślałam opuszczając łódź. Wieczorem na lunch byliśmy umówieni z Agatą, która jest Polką i mieszka w Paryżu już 15 lat. Pauline z Edouardem przygotowali wspaniały obiad rybę, sałatkę i ryż. Dla mnie miast ryby smażone tofu.
Bardzo się ucieszyłam kiedy wreszcie zjawiła się Agata. Dzięki niej nie tylko mogłam porozmawiać z kimś po polsku, ale i zrobić to, czego na pewno sama zrobić raczej bym nie mogła, czyli napisać kartki do rodzinki i znajomych.
- She’s very nice. – Powiedziała Pauline gdy zaczęłyśmy szykować się do snu.
- Ach, nie tylko „she”, ale i wszystko, co tu mnie spotyka jest very, very nice. – Pomyślałam odkładając laptopa na podłogę. Nawet nie zauważyłam kiedy Morfeusz przeniósł mnie w swoją ciepłą, bezpieczną i radosną krainę.

wtorek, 9 sierpnia 2011

Francja - Odcinek 4

Banany, jabłka, melony, kawa, słońce i lekki ciepły wiatr. Tak właśnie rozpoczęłam niedzielny poranek. Po śniadanku szybki spacerek po plaży, a później wyjazd na targowisko położone o 15 minut drogi samochodem od Domu Charlotte. Tam wszystko, czego dusza zapragnie. Warzywa, owoce przypominające mi swym zapachem mój warzywniak, ciuchy, buty, sztućce, ryby, mięso i cała masa ludzi. Co kilka chwil do moich uszu dobiegały znajome cmokania, a to oznaczało, że na tym targowisku wciąż ktoś spotyka swojego znajomego albo właśnie z kimś się zaznajomił. Lunch, dziś wyjątkowo wcześnie, bo przed 14.00 w ogrodzie. Mięso, dla mnie pieczone ziemniaki z marchewką i sałatka z ryżem. Po obiedzie jak zwykle czas na kawę i deser. Dla nich ciastko, a dla mnie… No właśnie. W pierwszym momencie nie bardzo wiedziałam cóż to takiego? Nie znałam też nazwy tego po angielsku, a poza tym, nawet gdybym znała to i tak nie wiedziałabym, że ją znam, bo z niczym mi się ten podłużny, miękki, mały o pofałdowanej Skurce owoc nie kojarzył.
- I sit fruit? – Zapytałam tak na wszelki wypadek trzymając w ręku gałązkę, na której wisiało to coś, czego nazwy jeszcze nie znałam. Jakież było moje zdumienie kiedy rozgryzłam owoc. Był mega słodki z małą, podłużną, walcowatą i dość gładką pestką.
- Oh jej, to daktyl! – Zakrzyknęłam po Polsku.
- Datil? – Powtórzył Edouard?
- No, daktyl. - Powiedziałam powoli otwierając usta i zwracając głowę w stronę rozmówcy.
- Dadtil.
- Da
- Da – Powtórzył Edouard.
- Ktyl.
- Ktyl.
- daktyl.
- Dagtyl
- Tak, właśnie tak, daktyl.
- Daktyl.
Przy wznoszeniu toastu, [ja soczkiem reszta winem] przyszedł czas na „zdrówko”.
- Czin, czin! – Rzekł z uśmiechem Edouard wyciągając do mnie szklankę. To poznałam już pierwszego wieczora u przyjaciółki Pauline.
- In polish: „zdrówko”.
- Hm?
- Zdró-wko.
- Zgruzwsko?
- No. Slowly: zdró
- Zdró
- wko-
- wko
- And now: zdrówko.
- Zdrrróswsko.
- ZDRÓ-WKO. – Nie dawałam za wygraną.
- Zdrówko.
- Yes, great! :)
teraz czas na to bym ja pochwaliła się moimi francuskimi umiejętnościami.
- But my frencz is very Bad.
- Tell what you learnt?
I tu zaczęłam wymieniać powoli wszystko to, czego przez tych kilka dni zdołałam się nauczyć. Po obiedzie wyjazd w stronę Paryża, do którego przybyliśmy już późnym popołudniem. W domu znów czas na posiłek. Oh, uwielbiałam te wspaniałe wieczory, kiedy siedząc z Pauline i Edouardem mogłam przez moment być ich częścią.
- Thank you za ten przecudny weekend. – Myślałam zasypiając wtulona w miękką sofę.

niedziela, 7 sierpnia 2011

Francja - Odcinek 3

Sobotni słoneczny poranek, sojowy jogurt, płatki i bagietka. Dziś wyjeżdżamy na cały weekend do Górnej Normandii.
- How long we will go?
- I think 3 hours. – Odpowiedział Edouard kiedy wszystko łącznie ze mną znalazło się w samochodzie.
- O, feu Rouge?! – Powiedziałam kiedy samochód zatrzymał się na dłuższą chwilę.
- Yes, feu Rouge – Odpowiedziała Pauline z uśmiechem.
feu Rouge i feu vert, czyli światło czerwone i światło zielone poznałam już jadąc z lotniska do Paryża. :))) Później dzięki GPS-owi przyszedł czas na skręcanie w prawo i w lewo, a dzięki poznawanym wciąż Francuzom nauczyłam się też kilku zwrotów grzecznościowych oraz wyrażania szczęścia, którym zalany był cały mój pobyt u Pauline i Edouarda.

Wreszcie wysiadamy i otulani przez chłodny, lekki, świeży wiatr po drewnianych stopniach wchodzimy najpierw na werandę, a później do dużego domu gdzie czeka już przyjaciółka Pauline, jej mąż, ich 2-miesięczna córeczka i spory tłumek ludzi. Charlotte w tym tygodniu skończyła 30 lat więc załapałam się na francuskie urodzinowe przyjęcie. Kilka stołów przykrytych obrusami wyniesiono do ogrodu, po którym co chwilę roznosił się zapach jadła mocno zakrapianego winem, które jest nieodłącznym napojem Francuzów podczas posiłków.
- This is Emilia. Emilia lives In Poland. – Powiedziała Pauline przedstawiając mnie nieznanym mi jeszcze osobom.
- O, Poland. Dobriden. :) – Usłyszałam z lewej strony.
- Would you like some wine? – Zapytał Edouard.
- No, thank you.
- You have wodka. – Powiedział siedzący z drugiej strony mężczyzna. – You like it?
- No. I don’t like alkohol. – Odpowiedziałam lekko zmieszana.
- Our wine is good. You try it.
Zgodziłam się przypominając sobie, że wczoraj przy kolacji przecież też odmówiłam. Po posiłku czas na spacerek po plaży położonej o 10 minut drogi od domu Charlotte. Trafiliśmy akurat na odpływ. Pierwszy raz chodziłam po morskim dnie, które jest bez wody. To niesamowite uczucie. Po opuszczeniu falowanego piasku i po zanurzeniu stóp w wodzie wyszłam na ląd. Plaża tam pełna jest różnego rodzaju kamyczków. Siedząc wsłuchana w szum fal wybierałam takie, które mogłabym zabrać ze sobą do Polski i z ciężkim sercem odłożyłam ogromnego, jajowatego i delikatnego w dotyku kamyka. Głaszcząc kamień przypominały mi się porcelanowe słoniki, które swą fakturą nie różniły się prawie niczym od niego.
- Musiał być otulany i gładzony przez słone fale kilkaset lat. – Pomyślałam kładąc go ostrożnie na miejsce.

Wieczorem miłe spotkanko z Sophie i jej koleżanką, która mieszka w miejscowości obok. Dzięki temu, że Edouard miał samochód i dzięki zaproszeniu nas na lunch mogłam odwiedzić nie tylko to urocze miasteczko, ale i tą cudną miejscowość. Tu właśnie mieści się dom rodziców Guilonne. Najpierw spacerek po ogrodzie, który roślinnością, podłożem i rozmiarami przypominał bardziej las niż mały domowy ogród, a później wieczorny lunch przy kominku. Mama Guilonne specjalnie dla mnie przygotowała bezjajeczny makaron z warzywami i sałatkę. Po posiłku powrót do domu Charlotte, herbatka i wymarsz na górę do sypialni.
- Oh, ciekawe czy jeszcze kiedyś tutaj wrócę?... - Zastanawiałam się leżąc zawinięta w miękki i szeleszczący jak jesienne liście śpiwór.

sobota, 6 sierpnia 2011

Francja - odcinek 2

Piątkowy lekko deszczowy poranek rozpoczęłam od płatków i oczywiście kawałka francuskiej bagietki. Później szybkie zakupy z Pauline i wymarsz w stronę metra.
- People wich live In Paris don’t like metro.
- Why?
- Because usually is packed and sleazy.
Mi jazda metrem bardzo się podobała. Była trochę podobna do jazdy tramwajem z tą tylko różnicą, że miast polskiego z każdej strony słyszałam francuski. Po kilkunastu minutach przesiadka z jednej linii na drugą. Oh, mówiąc szczerze myślę, że gdybym była tam sama za nic w świecie nie udałoby mi się odnaleźć. Po pierwsze Francuzi dość słabo mówią po angielsku, a po drugie Paryż i kilkanaście linii metra to nie to samo, co Warszawa z jedną. :))) Wreszcie po trzech przystankach wysiadka przy Sorbonie i spacerek do katedry Notre Dame. Tam dzikie tłumy i kilometrowe kolejki. Na szczęście dzięki Pauline udało nam się jakoś ominąć ten ogromnych rozmiarów ogon i oto po kilku minutach i zapłaceniu po 5 euro znalazłyśmy się w środku. Od razu przy wejściu dostałam coś w rodzaju takiego telefonu z angielskim komentarzem. Obejście tej ogromnej budowli zajęło nam sporo czasu. Katedra jest tak ogromna, że mimo wielkiego tłumu mi wydawała się jakaś cicha. Chodząc po pokrytej dywanikiem podłodze przez moment w ogóle zapomniałam o wszystkim i wszystkich. Byłam tylko ja, angielski komentarz i moje myśli, które niczym zagubieni wędrowcy krążyły to tu, to tam.


Po zwiedzeniu kościoła przyszedł czas na posiłek, który dla mnie składał się tym razem z ogromnego talerza sałatki oczywiście bez sera, majonezu, jajek etc. Mówiąc szczerze Francuzi byli lekko zdumieni słysząc, że nawet serów nie jem, ale zawsze udawało mi się dostać same warzywa lub ryż z różnymi dodatkami.

Po masażu, któremu poddałam się podczas spaceru brzegami Sekwany przyszedł czas na Louvre. Przed wejściem oczywiście sporych rozmiarów wężyk. Ale i tym razem udało się go ominąć i oto już otwartą windą jedziemy w górę. Tam pierwsze zderzenie z tym, co u nas na razie w słodkiej sferze marzeń, bo muzeum dysponuje całą salą stworzoną na potrzeby osób niewidomych. Stoją tam kamienne rzeźby, których można dotykać, a gdyby tego było jeszcze mało przy każdej rzeźbie znajduje się tabliczka w brajlu. W prawdzie wszystko pisane po francusku, ale sam fakt, że tam na porządku dziennym są tabliczki w brajlu wystarcza do tego by uśmiech nie schodził z twarzy. Czytając tabliczki, z których rozumiałam mniej więcej tyle, ile się rozumie z dziecięcego gaworzenia :D doznałam lekkiego zdumienia. Francuskie liczby w brajlu pisze się zupełnie inaczej niż brajlowskie liczby w Polsce. Np. cyfra „3" wygląda tam tak, jak u nas wygląda litera „ł”

Po obmacaniu wszystkiego, co obmacać się dało :D przejście do metra i powrót do domu. Wieczorem zakupy i wybieranie prezentu dla przyjaciółki Pauline, która mieszka w maleńkiej nieturystycznej miejscowości nad kanałem La Manche. Weekend upłynąć miał pod znakiem urodzin, słońca i wszystkiego, co dalekie od turystycznego zgiełku.

Wieczorem powrót Edouarda z pracy i lunch, dla mnie ser tofu z bezjajecznym makaronem, ziołami i warzywami.

Później prysznic i wreszcie ukochana sofa.
Zasypiając poczułam się przez moment tak, jak gdybym mieszkała tu już od kilku lat.
- Pauline, Edouard, dziękuję za to, że mogę być teraz z Wami. – Pomyślałam czując jak powoli odpływam w magiczną krainę sennych marzeń. :)

piątek, 5 sierpnia 2011

Francja - odcinek 1

Siedząc w samochodzie nie do końca wierzyłam jeszcze, że to wszystko dzieje się tu, teraz, na najprawdziwszej jawie.


Oto za kilka chwil miałam wejść na lotnisko nie jako ktoś, kto podróżuje jedynie w swojej wyobraźni, ale jako ktoś, kto za moment wejdzie na pokład samolotu i wraz z lekkimi jak piórko marzeniami uniesie się w powietrze.
- Masz moją walizkę? – Zapytałam Renarda opuszczając samochód. Później krótkie pożegnanie i marsz do pierwszej kontroli.
- Ja jestem Szymon i pomogę przejść ci odprawę. – Powiedział chłopak, do którego podszedł Renardo by zapytać czy ktoś z obsługi lotniska będzie mi towarzyszył.
- Super! Dzięki. Długo już tu pracujesz?
- Nie. Mam tutaj praktyki. Idziemy już do odprawy czy może chcesz jeszcze pójść do jakiejś restauracji?
- Nie. Myślę, że możemy już iść do odprawy.
Weszliśmy na górę do hali odlotów.
- Włóż tu wszystkie metalowe rzeczy, jakie masz.- Powiedział Szymon podając mi dość płytki, plastikowy prostokątny koszyczek..
- Laskę też?
- Tak. Włóż ją na wszelki wypadek. Teraz daj, położymy to tutaj.
- Poczekaj, ja chcę sama. - I po rolkach przesunęłam koszyczek w stronę mojej walizki, która leżała już na jeżdżącej taśmie.
- Teraz musimy przejść przez bramkę.
- Czemu zapiszczała? – Zapytałam Szymona kiedy już zakończono sprawdzanie moich rękawów, nogawek i ogólnie mnie całej.
- Czasami tak po prostu piszczy.
Po 50 minutach ostatnia kontrola i oto już po schodach w dół zmierzamy do autobusu, który podwozi nas do samolotu.
- Dlaczego musieliśmy jechać w drugim autobusie?
- Bo ogólnie jest taki przepis, że osoba niepełnosprawna nie może znajdować się na pokładzie samolotu kiedy trwa tankowanie.
- To mój samolot? – Spytałam słysząc dźwięk podobny do tego, jaki wydają maszyny pompujące gaz do ogromnych dmuchanych zamków dla dzieci.
- Tak. Uważaj teraz będą schodki.
- A jaki ma on kolor?
- Niebiesko-biały.
I wreszcie jestem już w środku. Zapach przypomina trochę ten, który zawsze czuć na każdym basenie. Walizka powędrowała na górę do zamykanego schowka.
- Jestem Kasia. Leciałaś już kiedyś samolotem? – Zapytała stewardessa kiedy usiadłam na siedzeniu.
- Nie. To mój pierwszy raz.
- Tu masz pas. Jedna część jest tutaj, a druga powinna być po Twojej lewej stronie.
- O, mam.
- Teraz tą część musisz włożyć do tej metalowej klamry, którą masz w ręku.
- Ok.
- Jeśli będziesz chciała rozpiąć pas wystarczy, że podniesiesz klapę klamry. Gdybyś potrzebowała czegoś to tu nad głową masz guzik, który naciśniesz.
- Dobrze, dziękuję bardzo.
- Obok Ciebie siedzą dwie dziewczynki.
- Super.
I samolot zaczął wolno jechać w stronę pasa startowego. Najpierw czułam się tak, jak gdybym jechała normalnym autobusem po trochę wyboistej drodze. I wreszcie nagłe przyspieszenie. Podczas startu najpierw lekko wcisnęło mnie w fotel i czułam się tak, jak gdybym po brukowanej drodze jechała z ogromną prędkością w górę. Później czułam się trochę jak na kolejce górskiej. Wznosiliśmy się i lekko, niczym jesienny liść opadaliśmy w dół. Podróż minęła wspaniale, bo przez cały czas rozmawiałam z dziewczynkami. Nataszka i Sonia to siostry. Mama ich pochodzi z Francji, a tata z Indii.
- My zostajemy tylko jedną noc w Francji i później idziemy do Indii. – Powiedziała cztero-letnia Sonia z lekko francuskim akcentem.
– Wow. Nigdy nie byłam w Indiach.
Dziewczynki były naprawdę słodkie i wciąż zadawały mnóstwo pytań.
- Czemu masz te okulary? – Spytała dziewięcio-letnia Nataszka.
- Bo mam zepsute oczka. :) – Odpowiedziałam z lekkim uśmiechem.
- A pokaż nam. – Ożywiła się Sonia.
- Myślę, że są fajniejsze widoki. Lubisz rysować? – Zapytałam słysząc, że mała wyciąga notesik i długopisy.
- Tak.
- A mogłabyś narysować coś dla mnie?
- No mogę. A co chcesz? Kopciuszka, śpiącą królewnę czy księżniczkę?
- Chciałabym Kopciuszka.

Na początku nasz samolot miał lekkie turbulencje, podczas których czułam się dokładnie tak, jak podczas jazdy samochodem po bardzo dziurawej i wyboistej drodze. Pod koniec lotu dostałam od dziewczynek rysunki zrobione tak bym mogła je choć trochę wyczuć palcami.

I wreszcie lądujemy. Sonia cały czas trzyma mnie za rękę. Dziewczynki już kilka razy leciały samolotem.
- Ty jesteś taka, jak mamusia. – Powiedziała mała przytulając się lekko do mojej dłoni.
Oh, dzięki tym wspaniałym i pełnym serca rysunkom Sonia i Nataszka zawsze będą w mojej pamięci niczym maleńkie promyczki słońca. :)
Podczas opuszczania samolotu miał mi towarzyszyć asystent. Przybył bardzo miły pan mówiący jednak tylko i wyłącznie po francusku. Ale wreszcie po kilku minutach długo wyczekiwane i upragnione spotkanie z Pauline. :))))) Później godzina w autobusie i wreszcie Paryż witający mnie ulewnym deszczem.
- We’re In the North Paris now. We live In south Paris. We will go to Home my parents and later with my husband we will go to my friend.
- Great!
Dom rodziców Pauline to ogromne mieszkanie z balkonem pełnym roślin i ogromnym kotem, który dał mi się nawet pogłaskać. Rodzinka Pauline, którą miałam okazję poznać to niesamowici ludzie. Ja i Sophie jesteśmy nawet dość podobne pod pewnymi względami, ale tu nie czas i miejsce by o tym pisać.
Lunch, który we Francji jada się zwykle w okolicach godziny 19.00-20.00 również przebiegł dość ciekawie. Wraz z mężem Pauline, który przyjechał po nas pojechaliśmy do domu jej przyjaciół. Dla mnie to był pierwszy wieczór bez polskiego języka bez polskich obyczajów. Wchodząc do mieszkania znajomych Pauline od razu zauważyłam jak mocno zakorzeniło się we mnie standardowe polskie przywitanie. U nas, gdy kogoś poznajemy w dobrym tonie jest podać prawą dłoń. Tam kiedy poznaje się kogoś nowego albo kiedy spotyka się ze swoimi znajomymi nie podaje się dłoni, a zamiast tego całuje się w prawy i lewy policzek. Robią to dzieci, dorośli na ulicy i w domach. U nas podanie ręki, tam pocałunek. Bardzo szybko przestawiłam się na tamten sposób powitania. Po 22.00 przybyliśmy wreszcie do uroczego małego mieszkanka Pauline i Edouarda
- Here is your room. – Powiedziała Pauline powoli pokazując mi mieszkanie.
- Thank you so much. It’s very nice. I’m happy that I can to be with you. :)
- Me too.
Szybki prysznic i jeszcze szybsze przemieszczenie się w ramiona Morfeusza. Tamtego wieczora już wiedziałam, że czas, który tu spędzę będzie niezwykły, niezapomniany i pełen nowych zdarzeń, które będą kolejnymi lekcjami w szkole życia.