„W chwilach ostatecznych człowiek zawsze jest sam, bez względu na to, kim był i co robił.” To przerażająco prawdziwe zdanie dla mnie jest jednym z najważniejszych zdań z „Generała.” Oglądając spektakl czułam w sobie mnóstwo kotłujących się emocji. Bo widziałam człowieka, [Generał Jaruzelski, w tej roli świetny Marek Kalita] który miota się po tym swoim życiu jak ptak, którego schwytano i zamknięto w klatce. Widziałam oprawcę, dowcipnego kumpla, niespełnionego ojca i chorego, starego mężczyznę. Widziałam też kobietę. [Generałowa. Bardzo ciekawa kreacja Małgorzaty Maślanki.] Silną, troskliwą, ciepłą i nieustępliwą. Ile samozaparcia i miłości trzeba w sobie mieć, by wytrwać, by być obok mimo przeciwności?
Jest też córka. [Tym razem w tej roli nieprzeciętna Aleksandra Popławska] Młoda, wrażliwa, zbuntowana i empatyczna. Ta na pozór krucha istota dobrze wie jak chce żyć. Przyjeżdża na obiad, by się pożegnać: „Tu nie chodzi o ciebie, ale o mnie. Ty beze mnie sobie poradzisz, zawsze sobie radziłeś, ja z Tobą nie mogę. […] On miał 19 lat. Pisał wiersze. Zabiliście go, bo nie mogliście mu uwierzyć, że jest wolny.” Patrząc na tą młodą osobę odniosłam wrażenie, że ona doskonale wie jaką ścieżką chce podążać. – „Ojciec tak z troski czy żeby dokuczyć? Troski nie potrzebuję, a złośliwości już mnie nie biorą.” – Mówi spokojnie gdy generał rzuca w jej kierunku sarkastyczną zaczepkę.
Napisana przez Jarosława Jakubowskiego i wyreżyserowana przez Aleksandrę Popławską oraz Marka Kalitę sztuka w bardzo ciekawy sposób dotyka tematu zła. Nie podaje wszystkiego na tacy, nie ocenia. Na wzmiankę też zasługuje oprawa muzyczna, która idealnie współbrzmi z rytmem spektaklu.
Opowieść o generale równie dobrze mogłaby być opowieścią o każdym innym człowieku. Bo w chwilach ostatecznych człowiek zawsze jest sam, bez względu na to, kim jest i co robi…
środa, 17 grudnia 2014
sobota, 25 października 2014
Cały czas trzeba walczyć!
Drugie zajęcia, a właściwie ich pierwszy dzień za mną.
Poranek ciężki. Pobudka o 4:30. Kawa i wyjazd na dworzec. W pociągu konduktor wskazuje mi miejsce tam, gdzie jest trochę luźniej. Ale już za chwilę okazuje się, że wcale nie przez przypadek. W tym samym przedziale jedzie ze mną Dominika. Ona też chce być aktorką. Jej historia uświadomiła mi bardzo mocno, że chyba dobrze się stało, iż mnie w tej PWST nie dopuścili do egzaminu.
- A nie chciałaś zdawać do PWST? – Pytam, kiedy słyszę, że Dominika w poniedziałek ma egzamin u Machulskich.
- Byłam rok.
- I co?
- Wywalili mnie ze względu na problemy zdrowotne…
Po tej historii wcale nie jestem pewna, czy chciałabym być w miejscu, gdzie wyrzuca się ludzi tylko dlatego, że mają problemy czy gorszy okres. Bo inną sprawą jest przewlekła choroba. Ale i w takim przypadku można z sytuacji wybrnąć.
Dziś, przez całe zajęcia sporo myślałam o Dominice i jej marzeniach. Bardzo chcę zrobić cokolwiek, by pomóc jej chociaż w minimalnym stopniu. Bo ja doskonale rozumiem, że czasami brakuje sił, że walka o marzenia to nie sielanka.
„W tym zawodzie trzeba cały czas walczyć. I ta walka nie kończy się nigdy. Wy sami musicie zadbać o swój komfort. Oczywiście musicie wiedzieć, że nie zawsze macie wpływ na to, czy do danej roli was wybiorą czy nie. I w dużych produkcjach nawet reżyser ma niezbyt dużo do powiedzenia. Pamiętajcie, że nadmierna skromność w tym zawodzie nie popłaca. I absolutnie, na żadnym etapie nie wolno wam się poddać! Bo czasem jest bardzo ciężko, ale to nie wy jesteście beznadziejni…” – Te i inne, tak przecież ważne rzeczy uświadomiła nam dzisiaj Ola Popławska prowadząc swoje pierwsze zajęcia.
Teraz pijąc kawę, którą z resztą przemiły pan zrobił mi zupełnie za darmo, mam w głowie mnóstwo pytań i mętlik. – Bo czy będę umiała walczyć? Czy dam sobie radę? Czy będę potrafiła znosić ciągłą ocenę? – Ale z drugiej strony, nie wyobrażam sobie mojego dalszego życia, bez możliwości realizowania aktorskiej pasji… - I jedyne, co w tym momencie mogę zrobić, to zaakceptować fakt, że będzie mi ciężko. A słowa Oli, że nie ja jestem beznadziejna zapamiętać, powtarzać i w nie z całej siły uwierzyć!!!
Poranek ciężki. Pobudka o 4:30. Kawa i wyjazd na dworzec. W pociągu konduktor wskazuje mi miejsce tam, gdzie jest trochę luźniej. Ale już za chwilę okazuje się, że wcale nie przez przypadek. W tym samym przedziale jedzie ze mną Dominika. Ona też chce być aktorką. Jej historia uświadomiła mi bardzo mocno, że chyba dobrze się stało, iż mnie w tej PWST nie dopuścili do egzaminu.
- A nie chciałaś zdawać do PWST? – Pytam, kiedy słyszę, że Dominika w poniedziałek ma egzamin u Machulskich.
- Byłam rok.
- I co?
- Wywalili mnie ze względu na problemy zdrowotne…
Po tej historii wcale nie jestem pewna, czy chciałabym być w miejscu, gdzie wyrzuca się ludzi tylko dlatego, że mają problemy czy gorszy okres. Bo inną sprawą jest przewlekła choroba. Ale i w takim przypadku można z sytuacji wybrnąć.
Dziś, przez całe zajęcia sporo myślałam o Dominice i jej marzeniach. Bardzo chcę zrobić cokolwiek, by pomóc jej chociaż w minimalnym stopniu. Bo ja doskonale rozumiem, że czasami brakuje sił, że walka o marzenia to nie sielanka.
„W tym zawodzie trzeba cały czas walczyć. I ta walka nie kończy się nigdy. Wy sami musicie zadbać o swój komfort. Oczywiście musicie wiedzieć, że nie zawsze macie wpływ na to, czy do danej roli was wybiorą czy nie. I w dużych produkcjach nawet reżyser ma niezbyt dużo do powiedzenia. Pamiętajcie, że nadmierna skromność w tym zawodzie nie popłaca. I absolutnie, na żadnym etapie nie wolno wam się poddać! Bo czasem jest bardzo ciężko, ale to nie wy jesteście beznadziejni…” – Te i inne, tak przecież ważne rzeczy uświadomiła nam dzisiaj Ola Popławska prowadząc swoje pierwsze zajęcia.
Teraz pijąc kawę, którą z resztą przemiły pan zrobił mi zupełnie za darmo, mam w głowie mnóstwo pytań i mętlik. – Bo czy będę umiała walczyć? Czy dam sobie radę? Czy będę potrafiła znosić ciągłą ocenę? – Ale z drugiej strony, nie wyobrażam sobie mojego dalszego życia, bez możliwości realizowania aktorskiej pasji… - I jedyne, co w tym momencie mogę zrobić, to zaakceptować fakt, że będzie mi ciężko. A słowa Oli, że nie ja jestem beznadziejna zapamiętać, powtarzać i w nie z całej siły uwierzyć!!!
wtorek, 21 października 2014
"To miejsce jest jak najbardziej dla ciebie"
Zastanawiam się, jak powiedzieć to, co najważniejsze przy jednoczesnym zachowaniu jakiegoś umiaru jeśli chodzi o długość tego posta?...
Zacznę może od tego, że znów chodzę do szkoły!!! Ale nie żadne tam studia, [do których swoją drogą zupełnie się nie nadaję], a prawdziwa szkoła aktorska. I nie taka, która przyjmuje ludzi tylko po to, by zapewnić sobie przetrwanie, ale taka, w której zdobywa się konkretną wiedzę! 18 października rozpoczęłam naukę w szkole aktorskiej Romy Gąsiorowskiej!
A wszystko zaczęło się od Oli Popławskiej. Ta niesamowicie ciepła i otwarta osoba w ciągu zaledwie kilku godzin sprawiła, że znów odżyła we mnie wiara, nadzieja i chęć, by działać!
„Mogę zrobić ci parę zdjęć?” – Zapytała Ola po skończonym śniadaniu. - Zgodziłam się bez wahania. Już poprzedniego dnia czułam, że chcę i mogę zaufać tej osobie. Później, idąc za radą Oli napisałam do Romy Gąsiorowskiej list, a następnie, znów zaktywizowana przez Olę pojechałam, by z Romą porozmawiać osobiście.
„To miejsce jest jak najbardziej dla ciebie! Wspaniałe jest to, że masz marzenia i ja chętnie pomogę Ci je spełnić.”
Wieczorem, siedząc w teatrze na „Nietoperzu” bardzo musiałam się pilnować, by skupić myśli na spektaklu. W uszach i głowie wciąż brzmiały mi słowa Romy. Dzika radość mieszała się z niedowierzaniem, a spokój, do którego zachęcała mnie Roma z czymś w rodzaju histerii. – Bo czy to wszystko już jest pewne?! A może muszę teraz jeszcze bardziej się starać żeby Roma nie zmieniła zdania?!!!...
Cały tydzień poprzedzający inaugurację to cieszyłam się, to znów bałam, że za chwilę wszystko okaże się tylko cudownym snem.
Na szczęście tydzień zleciał szybko i już w sobotę z dumą odebrałam identyfikator. Wtedy też zrobiłam sobie postanowienie, że wezmę z tego miejsca dla siebie tyle, ile będę mogła. Ale też zamierzam dać od siebie temu miejscu tyle, ile będzie miało ochotę wziąć.
I być może dlatego, gdy prowadząca zajęcia poprosiła, byśmy wybiegli w przyszłość i napisali do siebie list z gratulacjami, z przyjemnością i skupieniem wykonałam to zadanie. Pierwszy raz siedząc na zajęciach z komputerem, nie miałam ochoty otwierać Facebooka czy wchodzić na Skypa. Jedyne, czego chciałam, to słuchać, wchłaniać przekazywaną wiedzę i działać.
Z niecierpliwością czekam na ten weekend, na nowych prowadzących i na ich zajęcia.
Na podziękowania dla Romy i dla Oli nawet się nie silę. – Bo niby jakich miałabym użyć słów, by podziękować komuś za pomoc w spełnieniu marzeń???...
Zacznę może od tego, że znów chodzę do szkoły!!! Ale nie żadne tam studia, [do których swoją drogą zupełnie się nie nadaję], a prawdziwa szkoła aktorska. I nie taka, która przyjmuje ludzi tylko po to, by zapewnić sobie przetrwanie, ale taka, w której zdobywa się konkretną wiedzę! 18 października rozpoczęłam naukę w szkole aktorskiej Romy Gąsiorowskiej!
A wszystko zaczęło się od Oli Popławskiej. Ta niesamowicie ciepła i otwarta osoba w ciągu zaledwie kilku godzin sprawiła, że znów odżyła we mnie wiara, nadzieja i chęć, by działać!
„Mogę zrobić ci parę zdjęć?” – Zapytała Ola po skończonym śniadaniu. - Zgodziłam się bez wahania. Już poprzedniego dnia czułam, że chcę i mogę zaufać tej osobie. Później, idąc za radą Oli napisałam do Romy Gąsiorowskiej list, a następnie, znów zaktywizowana przez Olę pojechałam, by z Romą porozmawiać osobiście.
„To miejsce jest jak najbardziej dla ciebie! Wspaniałe jest to, że masz marzenia i ja chętnie pomogę Ci je spełnić.”
Wieczorem, siedząc w teatrze na „Nietoperzu” bardzo musiałam się pilnować, by skupić myśli na spektaklu. W uszach i głowie wciąż brzmiały mi słowa Romy. Dzika radość mieszała się z niedowierzaniem, a spokój, do którego zachęcała mnie Roma z czymś w rodzaju histerii. – Bo czy to wszystko już jest pewne?! A może muszę teraz jeszcze bardziej się starać żeby Roma nie zmieniła zdania?!!!...
Cały tydzień poprzedzający inaugurację to cieszyłam się, to znów bałam, że za chwilę wszystko okaże się tylko cudownym snem.
Na szczęście tydzień zleciał szybko i już w sobotę z dumą odebrałam identyfikator. Wtedy też zrobiłam sobie postanowienie, że wezmę z tego miejsca dla siebie tyle, ile będę mogła. Ale też zamierzam dać od siebie temu miejscu tyle, ile będzie miało ochotę wziąć.
I być może dlatego, gdy prowadząca zajęcia poprosiła, byśmy wybiegli w przyszłość i napisali do siebie list z gratulacjami, z przyjemnością i skupieniem wykonałam to zadanie. Pierwszy raz siedząc na zajęciach z komputerem, nie miałam ochoty otwierać Facebooka czy wchodzić na Skypa. Jedyne, czego chciałam, to słuchać, wchłaniać przekazywaną wiedzę i działać.
Z niecierpliwością czekam na ten weekend, na nowych prowadzących i na ich zajęcia.
Na podziękowania dla Romy i dla Oli nawet się nie silę. – Bo niby jakich miałabym użyć słów, by podziękować komuś za pomoc w spełnieniu marzeń???...
czwartek, 9 października 2014
"Klatka wariatek"
Sobota. Po poranku w pociągu i kilku godzinach w „Złotych” mam serdecznie dość wszystkiego. Czuję, że dopadł mnie jakiś kryzys. Jestem rozdrażniona, senna i zmęczona. Postanawiam więc, że najlepiej zrobię, jak przemieszczę się już do teatru, tam złożę moje ciało na czymkolwiek i zatopię się w oczekiwaniu na spektakl. Jeszcze tylko wycieczka na Natolin, bo po „Apokalipsie” zapomniałam wziąć od Heli moich szpilek. A górskie buty, w których przyjechałam zdecydowanie nie pasują do teatralnego stroju. Przed 16:00 docieram wreszcie do teatru. Odbieram zaproszenie, siadam na krzesełku i cieszę się, że przez najbliższych kilka godzin nie będę musiała opuszczać tego miejsca. Nie mam siły ani ochoty myśleć o powrocie do Krakowa. Teraz jedyne, czego chcę to odpocząć. Trzymając w ręku bilecik czuję, jak ogarnia mnie jakaś dziwna melancholia. Jeżdżę po tych teatrach, oglądam te sztuki, marzę, pragnę, chcę… Czy wystarczy mi sił? Ile jeszcze muszę przejść, by móc kiedyś stanąć na…
- Emilka, witaj! Tu Wojtek. – Słyszę nagle z mojej prawej strony.
- Cześć Wojtuś! Poznaję przecież. Pewnie zmęczony jesteś, prawda?
- Tak troszeczkę po pierwszym spektaklu. A ty po tych pociągach?
- Ja bardzo.
- To chodź, pomogę ci z rzeczami.
Przebieram się i oddaję wszystko, co niepotrzebne do szatni. Melancholia odchodzi tak samo nagle, jak przyszła. Znowu czuję, że jestem tam, gdzie powinnam być.
„Niech myślą o nas nawet i najgorsze rzeczy! Szaleć wolno i nikt temu nie zaprzeczy!” – To cytat, który bardzo mi się spodobał. W spektaklu był on wyśpiewany i teraz zawsze, kiedy zastanawiam się czy coś jest czy też nie jest normalne, z radością nucę te słowa.
„Klatka wariatek” w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza, to zabawnie i inteligentnie opowiedziana historia. Wielką rolę odgrywają w nim tancerze i stroje, ale o tym, z wiadomych przyczyn nie napiszę niestety zbyt wiele. Sztuka mimo tego, że opowiada o rodzinie homoseksualnej i pracy nietuzinkowego nocnego klubu, w którym pełno ślicznych drag queen, nie jest niesmaczna ani bezpruderyjna. Tu nie ma agresji, nachalności ani bezsensownej walki. To opowieść o ludziach, którzy cieszą się z tego, jacy są. Melodie i słowa piosenek idealnie utrzymują ciepły, prawie baśniowy klimat, a lekkość, z jaką bohaterowie przekazują nam swój świat jest przyjemnym dopełnieniem całości.
Drogi Wojtku! :) Z całego serca dziękuję Ci za pomoc i za ten cudowny teatralny wieczór! Docierając przed piątą rano do Krakowa byłam nieziemsko zmęczona, ale jednocześnie zasypiałam z poczuciem, że gdybym miała możliwość, wszystko powtórzyłabym jeszcze raz. I to poczucie jest dla mnie bezcenne! :)
- Emilka, witaj! Tu Wojtek. – Słyszę nagle z mojej prawej strony.
- Cześć Wojtuś! Poznaję przecież. Pewnie zmęczony jesteś, prawda?
- Tak troszeczkę po pierwszym spektaklu. A ty po tych pociągach?
- Ja bardzo.
- To chodź, pomogę ci z rzeczami.
Przebieram się i oddaję wszystko, co niepotrzebne do szatni. Melancholia odchodzi tak samo nagle, jak przyszła. Znowu czuję, że jestem tam, gdzie powinnam być.
„Niech myślą o nas nawet i najgorsze rzeczy! Szaleć wolno i nikt temu nie zaprzeczy!” – To cytat, który bardzo mi się spodobał. W spektaklu był on wyśpiewany i teraz zawsze, kiedy zastanawiam się czy coś jest czy też nie jest normalne, z radością nucę te słowa.
„Klatka wariatek” w reżyserii Grzegorza Chrapkiewicza, to zabawnie i inteligentnie opowiedziana historia. Wielką rolę odgrywają w nim tancerze i stroje, ale o tym, z wiadomych przyczyn nie napiszę niestety zbyt wiele. Sztuka mimo tego, że opowiada o rodzinie homoseksualnej i pracy nietuzinkowego nocnego klubu, w którym pełno ślicznych drag queen, nie jest niesmaczna ani bezpruderyjna. Tu nie ma agresji, nachalności ani bezsensownej walki. To opowieść o ludziach, którzy cieszą się z tego, jacy są. Melodie i słowa piosenek idealnie utrzymują ciepły, prawie baśniowy klimat, a lekkość, z jaką bohaterowie przekazują nam swój świat jest przyjemnym dopełnieniem całości.
Drogi Wojtku! :) Z całego serca dziękuję Ci za pomoc i za ten cudowny teatralny wieczór! Docierając przed piątą rano do Krakowa byłam nieziemsko zmęczona, ale jednocześnie zasypiałam z poczuciem, że gdybym miała możliwość, wszystko powtórzyłabym jeszcze raz. I to poczucie jest dla mnie bezcenne! :)
sobota, 4 października 2014
"Apokalipsa"
Siedząc w „Złotych Tarasach” właśnie uświadomiłam sobie, że niezależnie od tego, gdzie mieszkam Warszawa przyciąga mnie jak magnes. Dzieje się to głównie za sprawą teatrów i mam nadzieję, że dobra passa będzie trwać.
Teatr wciąż uczy mnie pokory. Wczoraj kolejny raz dał mi tego dowód. Bo skoro w piątki nie pracuję i skoro nie widziałam jeszcze „Apokalipsy”, to nic właściwie na przeszkodzie nie stoi, bym nie mogła w Warszawie się pojawić. Przyjeżdżamy z San mocno opóźnionym pociągiem. Ona pędzi załatwiać swoje sprawy, a ja, jak zwykle, kiedy nie mam co z czasem zrobić pędzę do Złotych, by upolować jakieś gniazdko. Później bardzo przyjemne wspólne popołudnie, wizyta w „Krowie Żywej” i pędzę do Nowego. Tam kilka osób już czeka na wejściówki. Z przyjemnością dołączam do tego grona. A korzystając z kilku par dostępnych mi oczu, wybieram sobie strój, który wydaje się najbardziej stosowny na spektakl. I nareszcie nadchodzi 19:00. Tym razem wchodzę na spektakl dzięki Julce, która ma zaproszenie dla dwóch osób. Dziękuję Ci Julio bardzo. :) Wspaniałym trafem też siadam w pierwszym rzędzie, Hela opiera się o moje nogi i żadnej z nas chyba już niczego więcej nie trzeba.
„Niech pan wstanie! Jest zima jest zimno! Niech pan wstanie! Niech pan wstanie i idzie! Nie za mną, ale swoją drogą!...” – To scena, która najbardziej zapadła mi w pamięci. Sypiący śnieg i leżący na ziemi bezdomny. Laura rozpaczliwie wołająca do niego, by wstał, z całą mocą i bez znieczulenia usiłuje zwrócić uwagę na coś szalenie ważnego. – Bo gdyby bezdomność potraktować jako metaforę? - Wtedy musiałabym przyznać, że i ja kilka razy byłam bezdomna. Ale zawsze wtedy spotykałam ludzi, którzy „krzyczeli”, bym szła własną drogą.
„Apokalipsa” to nie był dla mnie łatwy w odbiorze spektakl. Ale cieszę się, że znowu poznałam czyjś punkt widzenia, czyjąś wizję. Na pewno nie mogłabym powiedzieć, że to słaba, zła, dobra czy niedobra sztuka. – Bo kimże ja jestem, by ważyć się na ocenianie? - Ja zamiast ocen i wydawania sądów wolę zastanowić się nad tym, co człowiek, który stworzył ten właśnie spektakl chce mi przekazać? Uczciwie muszę powiedzieć, że nie wszystko do mnie dotarło. To nie był ten rodzaj sztuki, na którą poszłabym drugi raz. Ale cieszę się, że byłam i widziałam. Bo mam własne zdanie, które wyrobiłam sobie na podstawie tego, co widziałam.
Noc z piątku na sobotę spędziłam w pociągu do Krakowa. Mając do wyboru dworzec albo pociąg, bez wahania wybrałam to drugie. W sobotę przed 6:00 powrót do domu, 2 godzinki bezcennego snu, termos z wodą, kawa i znów wymarsz na pociąg do Warszawy. Intuicja naprawdę rzadko mnie zawodzi. Tak też było i tym razem. „Klatka wariatek”, na którą w sobotę przyjechałam warta była znacznie więcej niż jedna spędzona w pociągu noc. Ale o niej opowiem więcej jak dotrę do domu i porządnie się wyśpię.
Tym czasem każdego, kto to czyta pozdrawiam ciepło dziś, tak dla odmiany z autobusu. ;)
Łóżko i prysznic to rzeczy, które teraz w zupełności wystarczą mi do pełni szczęścia. :))
Teatr wciąż uczy mnie pokory. Wczoraj kolejny raz dał mi tego dowód. Bo skoro w piątki nie pracuję i skoro nie widziałam jeszcze „Apokalipsy”, to nic właściwie na przeszkodzie nie stoi, bym nie mogła w Warszawie się pojawić. Przyjeżdżamy z San mocno opóźnionym pociągiem. Ona pędzi załatwiać swoje sprawy, a ja, jak zwykle, kiedy nie mam co z czasem zrobić pędzę do Złotych, by upolować jakieś gniazdko. Później bardzo przyjemne wspólne popołudnie, wizyta w „Krowie Żywej” i pędzę do Nowego. Tam kilka osób już czeka na wejściówki. Z przyjemnością dołączam do tego grona. A korzystając z kilku par dostępnych mi oczu, wybieram sobie strój, który wydaje się najbardziej stosowny na spektakl. I nareszcie nadchodzi 19:00. Tym razem wchodzę na spektakl dzięki Julce, która ma zaproszenie dla dwóch osób. Dziękuję Ci Julio bardzo. :) Wspaniałym trafem też siadam w pierwszym rzędzie, Hela opiera się o moje nogi i żadnej z nas chyba już niczego więcej nie trzeba.
„Niech pan wstanie! Jest zima jest zimno! Niech pan wstanie! Niech pan wstanie i idzie! Nie za mną, ale swoją drogą!...” – To scena, która najbardziej zapadła mi w pamięci. Sypiący śnieg i leżący na ziemi bezdomny. Laura rozpaczliwie wołająca do niego, by wstał, z całą mocą i bez znieczulenia usiłuje zwrócić uwagę na coś szalenie ważnego. – Bo gdyby bezdomność potraktować jako metaforę? - Wtedy musiałabym przyznać, że i ja kilka razy byłam bezdomna. Ale zawsze wtedy spotykałam ludzi, którzy „krzyczeli”, bym szła własną drogą.
„Apokalipsa” to nie był dla mnie łatwy w odbiorze spektakl. Ale cieszę się, że znowu poznałam czyjś punkt widzenia, czyjąś wizję. Na pewno nie mogłabym powiedzieć, że to słaba, zła, dobra czy niedobra sztuka. – Bo kimże ja jestem, by ważyć się na ocenianie? - Ja zamiast ocen i wydawania sądów wolę zastanowić się nad tym, co człowiek, który stworzył ten właśnie spektakl chce mi przekazać? Uczciwie muszę powiedzieć, że nie wszystko do mnie dotarło. To nie był ten rodzaj sztuki, na którą poszłabym drugi raz. Ale cieszę się, że byłam i widziałam. Bo mam własne zdanie, które wyrobiłam sobie na podstawie tego, co widziałam.
Noc z piątku na sobotę spędziłam w pociągu do Krakowa. Mając do wyboru dworzec albo pociąg, bez wahania wybrałam to drugie. W sobotę przed 6:00 powrót do domu, 2 godzinki bezcennego snu, termos z wodą, kawa i znów wymarsz na pociąg do Warszawy. Intuicja naprawdę rzadko mnie zawodzi. Tak też było i tym razem. „Klatka wariatek”, na którą w sobotę przyjechałam warta była znacznie więcej niż jedna spędzona w pociągu noc. Ale o niej opowiem więcej jak dotrę do domu i porządnie się wyśpię.
Tym czasem każdego, kto to czyta pozdrawiam ciepło dziś, tak dla odmiany z autobusu. ;)
Łóżko i prysznic to rzeczy, które teraz w zupełności wystarczą mi do pełni szczęścia. :))
sobota, 6 września 2014
Nikomu nie pozwolę!
Kiedyś już mówiłam, że jak nie mam nic mądrego do powiedzenia, milczę.
I pewnie dlatego milczałam teraz przez tak długi czas.
Kilka tygodni temu, całkiem niespodziewanie dostałam propozycję wystąpienia w spektaklu. Propozycja brzmiała ciekawie. „Robimy spektakl o Gertrudzie Stein. Czy chciałabyś zagrać w nim Alicję B. Toklas?” Zgodziłam się od razu, bo sporo prawdy jest w powiedzeniu, że „kto nie ryzykuje, ten nic nie ma”.
Ustaliłyśmy, że tryb pracy będzie weekendowy. Będę przyjeżdżała co 2 tygodnie do Warszawy i przez piątek, sobotę i niedzielę będziemy pracować. Później ustaliłyśmy też kontrakt, który zakładał, że projekt doprowadzamy do końca. I od tego czasu kierowałam się zasadą priorytetu. Robiłam tak zawsze, kiedy rzecz dotyczyła teatru. Teatr, próby i wszystko, co z nimi związane, to rzecz nr 1. Matura, szkoła, spotkania towarzyskie i nie tylko musiały podporządkować się teatrowi. Informacje zwrotne, które otrzymywałam po próbach brzmiały tak korzystnie, że czasami nie wierzyłam w to, że wszystko tak fajnie się układa.
„Dziewczęta, proszę, gdyby coś było źle od razu mi o tym powiedzcie.” – Ale informacji, bym coś zmieniła, nad czymś popracowała brak. Skoro jest dobrze, to super!
Przyszedł czas na ćwiczenia. – „Teraz wyobraź sobie, że wciągasz powietrze przez głowę, a wypuszczasz waginą.” – Zaprotestowałam, bo wydało mi się to dość niemiłe, ale po rozmowie trwającej sporą ilość czasu stwierdziłyśmy albo wydawało mi się, że stwierdziłyśmy, iż będziemy pracować. „Bo wiecie dziewczyny, ja żeby móc się jakoś odblokować, otworzyć itp. Potrzebuję poczuć się bezpiecznie. Dla mnie to ważne, by zbudować pewien rodzaj zaufania.”
Wczoraj przyszedł czas kolejnego spotkania. Dziewczyny mają jakieś badania w Krakowie, próbę więc odbędziemy tutaj. Notatki, o które mnie proszono zrobiłam. Zaległości też na tyle, na ile mogłam uzupełniłam. No to siadamy i pracujemy. Czytamy, analizujemy, szukamy…
„Emilia, na za 2 tygodnie naucz się tego monologu”. – Jasne, żaden problem. O 18:00 kończymy próbę. Dziewczyny postanawiają odprowadzić mnie na przystanek. Wychodzimy i rozmawiając przez telefon upewniam się jeszcze do której ma być jutrzejsza próba, bo korzystając z tego, że próby odbywają się w Krakowie, postanowiłam po spotkaniu skoczyć do Zakopanego i wdrapać się na Nosal.
„ej! A dlaczego stoimy? Czekamy na coś?” – Pytam widząc, że dość długo stoimy w jednym miejscu.
„Bo czekamy aż w końcu skończysz rozmawiać. Nie wiemy gdzie mamy iść i chcemy też z Tobą porozmawiać.” – Rozłączam się szybko i idziemy na skwerek, by tam odbyć poważną rozmowę.
„Ja powiem twardo i krótko. Uważamy, że sobie nie poradzisz. My nie mamy czasu na to, by wszystkiego cię uczyć. I to, że nie widzisz absolutnie nie ma tu nic do rzeczy. Poza tym, widzimy, że się nudzisz, że cię to nie interesuje.”
„zaraz, jak to? Ja się nudzę? Po czym tak wnioskujecie?”
„Bo my to widzimy! Poza tym, nie ma w Tobie gotowości.”
Bardzo pilnowałam, by emocje zostały ukryte aż do momentu, kiedy znajdę się w moim dobrym, ciepłym i bezpiecznym domu. Ale niestety. Ciche łzy kropelka po kropelce spadały nie zważając na nic.
„San, jeśli ktoś mi mówi nie, to mam co najmniej 2 drogi. Mogę się załamać i utwierdzać się w przekonaniu o mojej beznadziejności albo mogę sobie powiedzieć, że to najwyraźniej nie było miejsce, które teraz jest dla mnie najlepsze i szukać dalej.” – Mówię do przyjaciółki pakując plecak.
Dziś jedno wiem na sto procent. Nikomu nie pozwolę zabrać sobie moich marzeń! Mój ukochany Krzysztof Warlikowski powiedział kiedyś, że do teatru lepsza jest zawsze dłuższa niż krótsza droga. I ja wiem, że to prawda.
Poranna kawa wypita, plecak spakowany, nie pozostaje więc nic innego, jak ruszyć na górski szlak! :-) Dziś będę się cieszyć tym, co los mi przynosi. Szkoda mi czasu, by rozpaczać nad tym, co zabrał. Skoro zabrał, to tak być miało. Bo na świecie przypadków nie ma. :-)
I pewnie dlatego milczałam teraz przez tak długi czas.
Kilka tygodni temu, całkiem niespodziewanie dostałam propozycję wystąpienia w spektaklu. Propozycja brzmiała ciekawie. „Robimy spektakl o Gertrudzie Stein. Czy chciałabyś zagrać w nim Alicję B. Toklas?” Zgodziłam się od razu, bo sporo prawdy jest w powiedzeniu, że „kto nie ryzykuje, ten nic nie ma”.
Ustaliłyśmy, że tryb pracy będzie weekendowy. Będę przyjeżdżała co 2 tygodnie do Warszawy i przez piątek, sobotę i niedzielę będziemy pracować. Później ustaliłyśmy też kontrakt, który zakładał, że projekt doprowadzamy do końca. I od tego czasu kierowałam się zasadą priorytetu. Robiłam tak zawsze, kiedy rzecz dotyczyła teatru. Teatr, próby i wszystko, co z nimi związane, to rzecz nr 1. Matura, szkoła, spotkania towarzyskie i nie tylko musiały podporządkować się teatrowi. Informacje zwrotne, które otrzymywałam po próbach brzmiały tak korzystnie, że czasami nie wierzyłam w to, że wszystko tak fajnie się układa.
„Dziewczęta, proszę, gdyby coś było źle od razu mi o tym powiedzcie.” – Ale informacji, bym coś zmieniła, nad czymś popracowała brak. Skoro jest dobrze, to super!
Przyszedł czas na ćwiczenia. – „Teraz wyobraź sobie, że wciągasz powietrze przez głowę, a wypuszczasz waginą.” – Zaprotestowałam, bo wydało mi się to dość niemiłe, ale po rozmowie trwającej sporą ilość czasu stwierdziłyśmy albo wydawało mi się, że stwierdziłyśmy, iż będziemy pracować. „Bo wiecie dziewczyny, ja żeby móc się jakoś odblokować, otworzyć itp. Potrzebuję poczuć się bezpiecznie. Dla mnie to ważne, by zbudować pewien rodzaj zaufania.”
Wczoraj przyszedł czas kolejnego spotkania. Dziewczyny mają jakieś badania w Krakowie, próbę więc odbędziemy tutaj. Notatki, o które mnie proszono zrobiłam. Zaległości też na tyle, na ile mogłam uzupełniłam. No to siadamy i pracujemy. Czytamy, analizujemy, szukamy…
„Emilia, na za 2 tygodnie naucz się tego monologu”. – Jasne, żaden problem. O 18:00 kończymy próbę. Dziewczyny postanawiają odprowadzić mnie na przystanek. Wychodzimy i rozmawiając przez telefon upewniam się jeszcze do której ma być jutrzejsza próba, bo korzystając z tego, że próby odbywają się w Krakowie, postanowiłam po spotkaniu skoczyć do Zakopanego i wdrapać się na Nosal.
„ej! A dlaczego stoimy? Czekamy na coś?” – Pytam widząc, że dość długo stoimy w jednym miejscu.
„Bo czekamy aż w końcu skończysz rozmawiać. Nie wiemy gdzie mamy iść i chcemy też z Tobą porozmawiać.” – Rozłączam się szybko i idziemy na skwerek, by tam odbyć poważną rozmowę.
„Ja powiem twardo i krótko. Uważamy, że sobie nie poradzisz. My nie mamy czasu na to, by wszystkiego cię uczyć. I to, że nie widzisz absolutnie nie ma tu nic do rzeczy. Poza tym, widzimy, że się nudzisz, że cię to nie interesuje.”
„zaraz, jak to? Ja się nudzę? Po czym tak wnioskujecie?”
„Bo my to widzimy! Poza tym, nie ma w Tobie gotowości.”
Bardzo pilnowałam, by emocje zostały ukryte aż do momentu, kiedy znajdę się w moim dobrym, ciepłym i bezpiecznym domu. Ale niestety. Ciche łzy kropelka po kropelce spadały nie zważając na nic.
„San, jeśli ktoś mi mówi nie, to mam co najmniej 2 drogi. Mogę się załamać i utwierdzać się w przekonaniu o mojej beznadziejności albo mogę sobie powiedzieć, że to najwyraźniej nie było miejsce, które teraz jest dla mnie najlepsze i szukać dalej.” – Mówię do przyjaciółki pakując plecak.
Dziś jedno wiem na sto procent. Nikomu nie pozwolę zabrać sobie moich marzeń! Mój ukochany Krzysztof Warlikowski powiedział kiedyś, że do teatru lepsza jest zawsze dłuższa niż krótsza droga. I ja wiem, że to prawda.
Poranna kawa wypita, plecak spakowany, nie pozostaje więc nic innego, jak ruszyć na górski szlak! :-) Dziś będę się cieszyć tym, co los mi przynosi. Szkoda mi czasu, by rozpaczać nad tym, co zabrał. Skoro zabrał, to tak być miało. Bo na świecie przypadków nie ma. :-)
piątek, 27 czerwca 2014
Mam święte prawo do wolności! - "Golgota Picnic"
Wreszcie nadszedł czas, bym mogła w spokoju usiąść i napisać o tym, co ostatnio było ważne.
Po pierwsze, od początku czerwca mam pracę! Jestem zatrudniona w informacji medycznej. Pracuję tam krótko, ale już zdążyłam zauważyć, że najgorszą nawet frustrację można rozłożyć na łopatki spokojem i odrobiną życzliwości, choć o nią czasem wcale nie jest łatwo. Ale z drugiej strony, gdzie ten biedny, umęczony życiem człek ma wyrazić niezadowolenie? Przecież to ja uparcie twierdzę, że do naczyniowca naprawdę w tym roku nie można już się dostać na NFZ. Rozumiem tych ludzi i często łączę się z nimi w bólu. Poza tym, dzięki tej pracy mogę też wykazać się jako człowiek. Bo owszem czasem odrobinę naginam zakres moich obowiązków, ale wyrzutów sumienia nie mam z tego powodu najmniejszych, bo uważam, że przede wszystkim jestem tam po to, by komuś pomóc. A jeśli pomoc polegać ma na tym, że dam dobre słowo i podzielę się dostępną mi wiedzą, której akurat w bazie nie ma, to ja chętnie przekroczę moje uprawnienia, które ograniczają się jedynie do podania suchej informacji. I myślę, że póki co tyle o pracy.
Teraz temat, który tu, w tym miejscu pojawić się musi!
Wolność, to jedno z najbardziej podstawowych praw człowieka. Ograniczenie tej wolności stosuje się jako karę za przekroczenie prawa. Wolność także ograniczano sukcesywnie w czasach komunizmu. Przypomniał mi się taki animowany film, który widziałam o Karolu Wojtyle. Film pokazywał sytuację kościoła w czasach komunistycznych. Wtedy też całe masy ludzi zbierały się, by manifestować, by się jednoczyć i by móc swobodnie wyznawać swoją wiarę. Czemu więc ci, którym kiedyś „zamykano” usta dziś robią to samo? Czy zapomnieli już co przeżywali nie tak znowu dawno temu? Jakim prawem używają przemocy i gróźb? Przecież chrześcijaństwo ma stać na straży pokoju i tolerancji.
Nie wiem czy byłabym fanką twórczości Rodriga Garcíi, skoro sam twierdzi, że wegetarianie mogą czuć się zaniepokojeni. Ale nikt, absolutnie nikt nie ma prawa cenzurować moich wyborów. Jak mogę się sprzeciwiać i protestować, skoro nie pozwala mi się poznać stanowiska twórcy? To trochę jak w podstawówce. Nie lubię szpinaku, bo nie podoba mi się jego nazwa.
Decyzja o odwołaniu pokazu spektaklu „Golgota Picnic” budzi we mnie, w obywatelce wolnego podobno i świeckiego [choć tu pewności już nie mam] państwa] niezgodę i lęk. Do czego to doszło, by katolicy szli ramię w ramię z kibolami? Gdybym uważała się za katoliczkę, dziś byłoby mi wstyd! Teraz czuję złość i żal, choć na całe szczęście teatry i wszelkiego rodzaju instytucje próbują ratować sytuację.
Gorąco wierzę, że w Teatrze Nowym w Warszawie uda się wystawić sztukę Rodriga Garcíi.
Tym czasem z wielką uwagą i zaangażowaniem będę śledziła ciąg dalszy losów „Golgoty Picnic”. Wyrażam też moje poparcie dla wszelkich instytucji, które przyłączyły się do akcji „Piknik Golgota – zrób to sam”, nie godząc się tym samym na jakąkolwiek formę ograniczania wolności!
Po pierwsze, od początku czerwca mam pracę! Jestem zatrudniona w informacji medycznej. Pracuję tam krótko, ale już zdążyłam zauważyć, że najgorszą nawet frustrację można rozłożyć na łopatki spokojem i odrobiną życzliwości, choć o nią czasem wcale nie jest łatwo. Ale z drugiej strony, gdzie ten biedny, umęczony życiem człek ma wyrazić niezadowolenie? Przecież to ja uparcie twierdzę, że do naczyniowca naprawdę w tym roku nie można już się dostać na NFZ. Rozumiem tych ludzi i często łączę się z nimi w bólu. Poza tym, dzięki tej pracy mogę też wykazać się jako człowiek. Bo owszem czasem odrobinę naginam zakres moich obowiązków, ale wyrzutów sumienia nie mam z tego powodu najmniejszych, bo uważam, że przede wszystkim jestem tam po to, by komuś pomóc. A jeśli pomoc polegać ma na tym, że dam dobre słowo i podzielę się dostępną mi wiedzą, której akurat w bazie nie ma, to ja chętnie przekroczę moje uprawnienia, które ograniczają się jedynie do podania suchej informacji. I myślę, że póki co tyle o pracy.
Teraz temat, który tu, w tym miejscu pojawić się musi!
Wolność, to jedno z najbardziej podstawowych praw człowieka. Ograniczenie tej wolności stosuje się jako karę za przekroczenie prawa. Wolność także ograniczano sukcesywnie w czasach komunizmu. Przypomniał mi się taki animowany film, który widziałam o Karolu Wojtyle. Film pokazywał sytuację kościoła w czasach komunistycznych. Wtedy też całe masy ludzi zbierały się, by manifestować, by się jednoczyć i by móc swobodnie wyznawać swoją wiarę. Czemu więc ci, którym kiedyś „zamykano” usta dziś robią to samo? Czy zapomnieli już co przeżywali nie tak znowu dawno temu? Jakim prawem używają przemocy i gróźb? Przecież chrześcijaństwo ma stać na straży pokoju i tolerancji.
Nie wiem czy byłabym fanką twórczości Rodriga Garcíi, skoro sam twierdzi, że wegetarianie mogą czuć się zaniepokojeni. Ale nikt, absolutnie nikt nie ma prawa cenzurować moich wyborów. Jak mogę się sprzeciwiać i protestować, skoro nie pozwala mi się poznać stanowiska twórcy? To trochę jak w podstawówce. Nie lubię szpinaku, bo nie podoba mi się jego nazwa.
Decyzja o odwołaniu pokazu spektaklu „Golgota Picnic” budzi we mnie, w obywatelce wolnego podobno i świeckiego [choć tu pewności już nie mam] państwa] niezgodę i lęk. Do czego to doszło, by katolicy szli ramię w ramię z kibolami? Gdybym uważała się za katoliczkę, dziś byłoby mi wstyd! Teraz czuję złość i żal, choć na całe szczęście teatry i wszelkiego rodzaju instytucje próbują ratować sytuację.
Gorąco wierzę, że w Teatrze Nowym w Warszawie uda się wystawić sztukę Rodriga Garcíi.
Tym czasem z wielką uwagą i zaangażowaniem będę śledziła ciąg dalszy losów „Golgoty Picnic”. Wyrażam też moje poparcie dla wszelkich instytucji, które przyłączyły się do akcji „Piknik Golgota – zrób to sam”, nie godząc się tym samym na jakąkolwiek formę ograniczania wolności!
poniedziałek, 5 maja 2014
"Kabaret Warszawski" - Subiektywnie
Na wstępie tego posta, bardzo serdecznie dziękuję Natalce, Heli i Kamilowi za aktywne wyrażenie ciągłego zainteresowania tym miejscem. Dziękuję bardzo też tym, którzy zaglądają tu mimo dość długiej ostatnio przerwy.
Dziś o „Kabarecie Warszawskim”, bo sobą bym nie była, gdybym bez echa pozostawiła spektakl reżysera, którego uwielbiam i cenię. Jeśli w tej chwili czyta to ktoś, komu egzaltowane i emocjonalne wywody z błazenadą się kojarzą, może niech nie marnuje swojego czasu, bo mam wrażenie, że taki właśnie ten mój wywód będzie. :)))
Tydzień temu w piątek ostatecznie podjęłam decyzję, że w sobotę bladym świtem ruszam do Warszawy. Dzień deszczowy i chłodny, zainstalowałam się więc w „Złotych Tarasach” i sącząc kawę z mlekiem sojowym, z utęsknieniem czekałam na Natalkę. W międzyczasie cudowne spotkanie z Basią, której ze 2 lata nie widziałam i w towarzystwie Natalki deszczowy spacer do „Krowy Żywej” Tam tłumy, ale to bardziej cieszy niż denerwuje. Po zjedzeniu fantastycznych vege burgerów przyszedł czas, by wreszcie udać się na Madalińskiego.
Tam spotkanie z Helą i wpisanie się na listę do wejściówek. Jestem piętnasta mimo tego, że do teatru przybyłam godzinę przed spektaklem. Ale najważniejsze, że wszystko się udaje, wchodzę na salę i zajmuję najlepsze dla mnie miejsce, czyli na podłodze przy samej scenie. Sala wypełniona po brzegi. Tuż obok mnie sadowi się Hela i wszyscy ci, dla których krzeseł nie wystarczyło. Nikt nie narzeka, nie zgłasza pretensji… To gdzie kto siedzi, staje się nagle najmniej ważną rzeczą. Bo najważniejsze, że w ogóle się weszło.
I teraz przyszedł czas na podziękowania. Helciu Droga, dzięki Twojej bardzo żywej, emocjonalnej i szczegółowej audiodeskrypcji mogłam w pełni zachwycać się tym, co reżyser ma nam do powiedzenia. Chciałabym, byś wiedziała, że dla mnie ta Twoja, niczym niewymuszona chęć opowiadania mi o całej stronie wizualnej była bardzo, bardzo ważna. Dziękuję.
Do dziś pamiętam, że kanapa jest złota, po lewej stronie sceny stoi przeszklona klatka, po prawej zaś znajduje się łazienka…
Żadnej osobie niewidomej nie polecam iść pierwszy raz na „Kabaret Warszawski” bez oka. Bez pomocy Helenki na pewno zgubiłabym się w pierwszej części.
Ból, zagubienie, trawiąca żarem samotność, niezaspokojona potrzeba macierzyństwa i strach przed stereotypami, to rzeczy, które w pierwszej części przemówiły do mnie najbardziej. Do teraz pamiętam przejmującą opowieść piosenkarki i aktorki Sally Bowles [Magdalena Cielecka] o tym, jak przytulałaby zamiast poduszki swoje dziecko. – Któż policzy, ileż to kobiet każdej nocy zasypia z wizją delikatnego, bezbronnego ciałka słodko wtulonego w ich bezpieczne ramiona?
Druga część to opowieść o sferze erotyzmu i seksualności. Terapeutka Sophia, [Maja Ostaszewska] wyznaje, że tak naprawdę nigdy nie miała orgazmu. - Kto potrafi policzyć, jak wiele kobiet, leżąc w ramionach ukochanej osoby, zasypia z myślą o cudownym i nieudawanym orgazmie?
W tej części spotykamy też bezpruderyjną, wyuzdaną i wydawałoby się, że bezuczuciową dziewczynę [Magdalena Popławska]. Ale to ona prosi Sophię, by w zamian za pomoc w osiągnięciu orgazmu pomogła jej nawiązać kontakt z drugim człowiekiem. Jak widzimy w dalszej części spektaklu, obie kobiety były sobie bardzo potrzebne.
I w końcu drag queen [Jacek poniedziałek] otwarcie pyta, czy mieszkańcy Warszawy, [bo to ona przegląda się w dwóch zderzonych ze sobą światach] są szczęśliwi? Czy odwiedzają sex-shopy? Co robią w sypialniach, klubach czy burdelach? I najważniejsze dla mnie: „czy w tym mieście ludzie potrafią jeszcze kochać?”…
Gdybym chciała opowiedzieć o wszystkich aspektach, które porusza „Kabaret Warszawski” musiałabym podzielić opowieść na odcinki. Mój odbiór sztuki na pewno nie mówi o wszystkim. On mówi jedynie o tym, co w moim wnętrzu zostawiło ślad, zmuszając mnie jednocześnie do stawiania pytań i snucia refleksji.
Jeśli jeszcze ktoś miałby wątpliwości czy „Kabaret” mi się podobał, to myślę, że rozwieje je fakt, iż na spektaklu pojawiłam się razy dwa. I wiem, że by zrozumieć wszystkie płaszczyzny muszę na „Kabarecie” pojawić się jeszcze kilka razy. I uczynię to, rzecz jasna, z niekłamaną przyjemnością. :))
Dziś o „Kabarecie Warszawskim”, bo sobą bym nie była, gdybym bez echa pozostawiła spektakl reżysera, którego uwielbiam i cenię. Jeśli w tej chwili czyta to ktoś, komu egzaltowane i emocjonalne wywody z błazenadą się kojarzą, może niech nie marnuje swojego czasu, bo mam wrażenie, że taki właśnie ten mój wywód będzie. :)))
Tydzień temu w piątek ostatecznie podjęłam decyzję, że w sobotę bladym świtem ruszam do Warszawy. Dzień deszczowy i chłodny, zainstalowałam się więc w „Złotych Tarasach” i sącząc kawę z mlekiem sojowym, z utęsknieniem czekałam na Natalkę. W międzyczasie cudowne spotkanie z Basią, której ze 2 lata nie widziałam i w towarzystwie Natalki deszczowy spacer do „Krowy Żywej” Tam tłumy, ale to bardziej cieszy niż denerwuje. Po zjedzeniu fantastycznych vege burgerów przyszedł czas, by wreszcie udać się na Madalińskiego.
Tam spotkanie z Helą i wpisanie się na listę do wejściówek. Jestem piętnasta mimo tego, że do teatru przybyłam godzinę przed spektaklem. Ale najważniejsze, że wszystko się udaje, wchodzę na salę i zajmuję najlepsze dla mnie miejsce, czyli na podłodze przy samej scenie. Sala wypełniona po brzegi. Tuż obok mnie sadowi się Hela i wszyscy ci, dla których krzeseł nie wystarczyło. Nikt nie narzeka, nie zgłasza pretensji… To gdzie kto siedzi, staje się nagle najmniej ważną rzeczą. Bo najważniejsze, że w ogóle się weszło.
I teraz przyszedł czas na podziękowania. Helciu Droga, dzięki Twojej bardzo żywej, emocjonalnej i szczegółowej audiodeskrypcji mogłam w pełni zachwycać się tym, co reżyser ma nam do powiedzenia. Chciałabym, byś wiedziała, że dla mnie ta Twoja, niczym niewymuszona chęć opowiadania mi o całej stronie wizualnej była bardzo, bardzo ważna. Dziękuję.
Do dziś pamiętam, że kanapa jest złota, po lewej stronie sceny stoi przeszklona klatka, po prawej zaś znajduje się łazienka…
Żadnej osobie niewidomej nie polecam iść pierwszy raz na „Kabaret Warszawski” bez oka. Bez pomocy Helenki na pewno zgubiłabym się w pierwszej części.
Ból, zagubienie, trawiąca żarem samotność, niezaspokojona potrzeba macierzyństwa i strach przed stereotypami, to rzeczy, które w pierwszej części przemówiły do mnie najbardziej. Do teraz pamiętam przejmującą opowieść piosenkarki i aktorki Sally Bowles [Magdalena Cielecka] o tym, jak przytulałaby zamiast poduszki swoje dziecko. – Któż policzy, ileż to kobiet każdej nocy zasypia z wizją delikatnego, bezbronnego ciałka słodko wtulonego w ich bezpieczne ramiona?
Druga część to opowieść o sferze erotyzmu i seksualności. Terapeutka Sophia, [Maja Ostaszewska] wyznaje, że tak naprawdę nigdy nie miała orgazmu. - Kto potrafi policzyć, jak wiele kobiet, leżąc w ramionach ukochanej osoby, zasypia z myślą o cudownym i nieudawanym orgazmie?
W tej części spotykamy też bezpruderyjną, wyuzdaną i wydawałoby się, że bezuczuciową dziewczynę [Magdalena Popławska]. Ale to ona prosi Sophię, by w zamian za pomoc w osiągnięciu orgazmu pomogła jej nawiązać kontakt z drugim człowiekiem. Jak widzimy w dalszej części spektaklu, obie kobiety były sobie bardzo potrzebne.
I w końcu drag queen [Jacek poniedziałek] otwarcie pyta, czy mieszkańcy Warszawy, [bo to ona przegląda się w dwóch zderzonych ze sobą światach] są szczęśliwi? Czy odwiedzają sex-shopy? Co robią w sypialniach, klubach czy burdelach? I najważniejsze dla mnie: „czy w tym mieście ludzie potrafią jeszcze kochać?”…
Gdybym chciała opowiedzieć o wszystkich aspektach, które porusza „Kabaret Warszawski” musiałabym podzielić opowieść na odcinki. Mój odbiór sztuki na pewno nie mówi o wszystkim. On mówi jedynie o tym, co w moim wnętrzu zostawiło ślad, zmuszając mnie jednocześnie do stawiania pytań i snucia refleksji.
Jeśli jeszcze ktoś miałby wątpliwości czy „Kabaret” mi się podobał, to myślę, że rozwieje je fakt, iż na spektaklu pojawiłam się razy dwa. I wiem, że by zrozumieć wszystkie płaszczyzny muszę na „Kabarecie” pojawić się jeszcze kilka razy. I uczynię to, rzecz jasna, z niekłamaną przyjemnością. :))
czwartek, 24 kwietnia 2014
To nie dom
Wyznaję zasadę, że kiedy nie mam nic ciekawego do powiedzenia, to milczę.
Dlatego właśnie przez ostatnich kilka tygodni zaniedbałam okrutnie ten mój mały, wirtualny ogródek.
Czas, który teraz przeżywam nie jest najgorszy, ale z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że bywało lepiej. W takich okresach jak ten, bardzo często przypominam sobie wszystkie pełne ciepła i życzliwości słowa, którymi mnie obdarzaliście i obdarzacie wciąż. :)
Powroty do przeszłości bywają różne. Czasem wracam do niej niekoniecznie świadomie i z własnej woli. Ale czy można nie wracać do przeszłości, kiedy okiennice i drzwi w niej niedomknięte?
Kluczem, którym otworzyłam jedne z drzwi mojej przeszłości był tekst Kamila. Dotyczy on ośrodków, w których kształcą się osoby niewidome i takie, które widzą słabo. Czytając ten tekst pomyślałam, że póki co nie zajęłam jeszcze na tym blogu żadnego stanowiska jeśli chodzi o takie właśnie ośrodki. A temat ważny i bardzo przemilczany...
Bo cóż przeciętny człowiek wie o ośrodkach szkolno-wychowawczych? A nie, przepraszam. Pełna nazwa ośrodka, do którego chodziłam ja teraz brzmi: Dolnośląski Specjalny Ośrodek nr 13 dla Niewidomych i Słabowidzących. - Ja na szczęście kończyłam jeszcze Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Dzieci Niewidomych i Słabowidzących. Za nic nie chciałabym mieć świadectwa z obecną nazwą placówki szkolnej. Nie wiem, jak wiele zmieniło się w ośrodku, który skończyłam 5 lat temu, ale wiem, że wrócić bym tam nie chciała. - Nie zamierzam teraz skarżyć się, płakać i narzekać. Chcę po prostu głośno i wyraźnie powiedzieć, że Nie jestem zwolenniczką takich właśnie ośrodków.
Popełniłabym ogromną niesprawiedliwość mówiąc, że samo zło mnie tam spotkało. Bo prócz ludzi, których na swojej drodze nie chciałabym zobaczyć , spotkałam też takich, z którymi kontakt mam do dnia dzisiejszego. I myślę sobie, że dzięki nim właśnie przetrwałam.
Wspaniałe 2 wychowawczynie z internatu w czasach gimnazjalnych i moja cudowna wychowawczyni z liceum, to tylko kilka osób, które zostawiły w moim życiu trwałe ślady. Tych, których spotkać bym nie chciała, przez grzeczność pominę.
Może jeszcze kiedyś szerzej wrócę do tematu ośrodka i pobytu w internacie. Na razie jednak, kończąc powiem jedynie tyle, że internat nie jest domem...
Dlatego właśnie przez ostatnich kilka tygodni zaniedbałam okrutnie ten mój mały, wirtualny ogródek.
Czas, który teraz przeżywam nie jest najgorszy, ale z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że bywało lepiej. W takich okresach jak ten, bardzo często przypominam sobie wszystkie pełne ciepła i życzliwości słowa, którymi mnie obdarzaliście i obdarzacie wciąż. :)
Powroty do przeszłości bywają różne. Czasem wracam do niej niekoniecznie świadomie i z własnej woli. Ale czy można nie wracać do przeszłości, kiedy okiennice i drzwi w niej niedomknięte?
Kluczem, którym otworzyłam jedne z drzwi mojej przeszłości był tekst Kamila. Dotyczy on ośrodków, w których kształcą się osoby niewidome i takie, które widzą słabo. Czytając ten tekst pomyślałam, że póki co nie zajęłam jeszcze na tym blogu żadnego stanowiska jeśli chodzi o takie właśnie ośrodki. A temat ważny i bardzo przemilczany...
Bo cóż przeciętny człowiek wie o ośrodkach szkolno-wychowawczych? A nie, przepraszam. Pełna nazwa ośrodka, do którego chodziłam ja teraz brzmi: Dolnośląski Specjalny Ośrodek nr 13 dla Niewidomych i Słabowidzących. - Ja na szczęście kończyłam jeszcze Ośrodek Szkolno-Wychowawczy dla Dzieci Niewidomych i Słabowidzących. Za nic nie chciałabym mieć świadectwa z obecną nazwą placówki szkolnej. Nie wiem, jak wiele zmieniło się w ośrodku, który skończyłam 5 lat temu, ale wiem, że wrócić bym tam nie chciała. - Nie zamierzam teraz skarżyć się, płakać i narzekać. Chcę po prostu głośno i wyraźnie powiedzieć, że Nie jestem zwolenniczką takich właśnie ośrodków.
Popełniłabym ogromną niesprawiedliwość mówiąc, że samo zło mnie tam spotkało. Bo prócz ludzi, których na swojej drodze nie chciałabym zobaczyć , spotkałam też takich, z którymi kontakt mam do dnia dzisiejszego. I myślę sobie, że dzięki nim właśnie przetrwałam.
Wspaniałe 2 wychowawczynie z internatu w czasach gimnazjalnych i moja cudowna wychowawczyni z liceum, to tylko kilka osób, które zostawiły w moim życiu trwałe ślady. Tych, których spotkać bym nie chciała, przez grzeczność pominę.
Może jeszcze kiedyś szerzej wrócę do tematu ośrodka i pobytu w internacie. Na razie jednak, kończąc powiem jedynie tyle, że internat nie jest domem...
niedziela, 16 lutego 2014
Przedwiośnie
Zupełnie nie wiem, od czego mam zacząć.
Zacznę więc może od podziękowań, bo ważne dla mnie i jak najbardziej potrzebne.
Dziękuję więc z całego serca Kamilu Tobie. :)) Bo ten wpis, m.in. dzięki Tobie powstaje.
Aniu K. Tobie również dziękuję za pytania o bloga i za ciepłe niczym letni poranek myśli. :)
I dziękuję wreszcie Tobie M. :-) Dziękuję nie tylko za obecność, ale za całą „resztę”, która do tego, co tu i teraz bardzo się przyczyniła. :)
Przedwiośnie, tak właśnie można nazwać stan, w którym obecnie się znajduję. Nie było mnie tu tyle czasu, , bo trudno skupić się na czymkolwiek, gdy słońca brak, a lodowaty wiatr przywiewa całą górę niepotrzebnych i mało ciekawych myśli.
Ostatnio, a konkretniej dziś, spacerując po bardzo przyjemnej dolinie Szklarki, zastanawiałam się czy można przegrać życie? – I cóż, zbyt odkrywcza to ja nie będę, jak napiszę, że na to pytanie nie ma jednej dobrej odpowiedzi. I wydaje mi się, że to jedno z takich pytań, na które odpowiedź każdy musi znaleźć sam.
Myślę też, że odpowiedź na to pytanie zmienia się tak samo, jak zmieniają się pory dnia czy roku.
Może chodzi właśnie o to, by zaakceptować fakt, że człowiek zmiennym jest?
Bo czasem wystarczy po prostu zadać pytanie, a odpowiedź przyjdzie sama…
Zacznę więc może od podziękowań, bo ważne dla mnie i jak najbardziej potrzebne.
Dziękuję więc z całego serca Kamilu Tobie. :)) Bo ten wpis, m.in. dzięki Tobie powstaje.
Aniu K. Tobie również dziękuję za pytania o bloga i za ciepłe niczym letni poranek myśli. :)
I dziękuję wreszcie Tobie M. :-) Dziękuję nie tylko za obecność, ale za całą „resztę”, która do tego, co tu i teraz bardzo się przyczyniła. :)
Przedwiośnie, tak właśnie można nazwać stan, w którym obecnie się znajduję. Nie było mnie tu tyle czasu, , bo trudno skupić się na czymkolwiek, gdy słońca brak, a lodowaty wiatr przywiewa całą górę niepotrzebnych i mało ciekawych myśli.
Ostatnio, a konkretniej dziś, spacerując po bardzo przyjemnej dolinie Szklarki, zastanawiałam się czy można przegrać życie? – I cóż, zbyt odkrywcza to ja nie będę, jak napiszę, że na to pytanie nie ma jednej dobrej odpowiedzi. I wydaje mi się, że to jedno z takich pytań, na które odpowiedź każdy musi znaleźć sam.
Myślę też, że odpowiedź na to pytanie zmienia się tak samo, jak zmieniają się pory dnia czy roku.
Może chodzi właśnie o to, by zaakceptować fakt, że człowiek zmiennym jest?
Bo czasem wystarczy po prostu zadać pytanie, a odpowiedź przyjdzie sama…
Subskrybuj:
Posty (Atom)