Od ostatniego pobytu na „Opowieściach Afrykańskich wg Szekspira”, na które dotarłam jak zwykle z przygodami nie działo się zbyt wiele.
W sobotę po opuszczeniu pociągu szybko do szkoły, później Sopot i nocleg u Magdusi i Żani, w niedzielę szkoła, w poniedziałek lekarz, spotkanie z Monią poznaną w tramwaju i wieczorem powrót do Świdnicy.
Siedząc w domu mam wiele czasu na czytanie, myślenie, pisanie i wyciąganie wniosków.
Czytam i nie wierzę. Czy naprawdę jest aż tak źle? Co musiałoby się stać żeby ludzie dysponujący kasą przejrzeli na oczy?
Czytając tekst Jacka Poniedziałka, z którym zgadzam się w 100 procentach mam wrażenie, że powoli, z zimną krwią szanowne władze popełniają na naszym kraju ciche, rodem z czasów komunizmu morderstwo kultury. Zabijają kurę, która znosi złote jaja. Jeszcze chwila, a wnukom jedynie w opowieściach przekazywać będziemy historię o tym jak to kiedyś, za dawnych czasów można było pójść na spektakl.
Ktoś zapyta: czym dziś jest teatr? Wulgaryzmy, chamstwo, gołe dupy. A że emocje, że wrażliwość, że chwytające za serce postaci z naszymi problemami, rozterkami i wszystkim tym, co towarzyszy ludzkości od zarania dziejów, to wszystko nieważne. Kogo to dziś obchodzi?
Dzisiaj mamy kryzys i to jest najważniejsze. To co, może jakaś podwyżka diet poselskich co by biedacy nie pomarli z głodu?
Eh... - Bywajmy w teatrach póki jeszcze mamy gdzie bywać. Mam ogromną nadzieję, że nie doczekam czasów, w których chcąc zobaczyć polski spektakl będę musiała zbierać na bilet by wyjechać za granicę.
piątek, 24 lutego 2012
piątek, 17 lutego 2012
Do trzech razy Sztuka
Czwartek. Poranek wita śnieżycą tak mocną, że nawet latarnie stają się niewidoczne.
- Gdzie ty w takie śniegi pojedziesz? – Mówi z rozpaczą w głosie babcia.
- Babciu, będzie dobrze. Jadę, jadę. Już od miesiąca mam bilety.
- Bo ty nie widzisz co się dzieje. Koniec świata! Na co ci te teatry! Co ci to daje?!! – Krzyczy.
-Oj, przestań już. Ludzie funkcjonują, wychodzą do pracy, szkoły i życie się toczy! – Odpowiadam lekko wzburzona.
Jak można mnie zatrzymywać? Postanowiłam przecież już miesiąc temu, że idę z Dominiką na „Opowieści Afrykańskie wg Szekspira”. Znów teatr, Maja, emocje, podróż, nowi ludzie…
Rozstajemy się z babcią w lepszych już nastrojach. Ona najwyraźniej zrozumiała, że pojadę niezależnie od wszystkiego, a ja przestałam przejmować się tym, co ona mówi kierowana złością i daleko posuniętą troską.
Po kilku minutach spędzonych na przystanku wyglądam jak bałwan. Plecak, kurtka, torebka i czapka szczelnie skryły się pod pierzynką mocno sypiącego śniegu. Wiedząc o zawirowaniach atmosferycznych przezornie postanowiłam wyjść na autobus wcześniejszy, który i tak nie przyjechał. Wreszcie po 40 minutach śniegowego szaleństwa staje przede mną mały busik. – No to jestem uratowana. Strzepując z plecaka i czapki wierzchnią warstwę śniegu wskakuję do środka.
Do Wrocławia przez mocno wiejący wiatr i sypiący wciąż śnieg jedziemy znacznie dłużej. Doskonale wiem, że jeszcze kilka sekund, a pociąg do Warszawy stanie się jedynie niezrealizowanym pragnieniem. Gdy nareszcie dojeżdżamy do celu w pośpiechu opuszczam cieplutkie wnętrze busa.
Jedna noga, Druga i… Chlup. Mój śliczny, czarny bucik z mlaśnięciem wpadł w coś, co było mokre, zimne, ciapowate jak zbyt płynna kasza manna i głębokie na pół łydki. Słownik znanych mi wulgaryzmów otworzył się sam na szczęście tylko w głowie.
- A dlaczego nie ma pani przewodnika? – Pyta osoba, która zdecydowała się pomóc mi szybko przemieścić się na dworzec.
- Bo nie mam. – Odpowiadam zdawkowo siląc się na grzeczność.
- To źle. A kto w ogóle panią wypuścił z domu?
- Sama. Mieszkam sama, a tak poza tym to od jakichś kilku lat jestem osobą dorosłą. – Odpowiadam zirytowana czując jak prawa nogawka spodni otula swą mokrą i zimną powierzchnią moją jeszcze suchą i ciepłą łydkę. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że Grażyna, z którą zaczynamy już mówić sobie po imieniu jest wolontariuszką w TPG.
- To pamiętaj, jak tylko potrzebowałabyś gdzieś się przemieścić i jak będziesz w okolicach Dolnego Śląska to się odezwij. Masz tu mój numer.
- Ja przede wszystkim dziękuję ci za pomoc. Bez ciebie na pewno nie dałabym rady. – Mówię wbiegając na peron, bo pociąg za chwilkę zamierza chyba ruszyć.
Kiedy tak biegniemy Grażyna przekonuje mnie, że bez przewodnika to bardzo źle jeździć, że zawsze ktoś musi być, że niebezpiecznie, że ciężko etc.
- Masz rację. Ale jeżeli akurat nie ma nikogo to przecież nie zamknę się w domu tylko dla tego, że nie mam przewodnika. – O teatrze nie wspominam, bo po pierwsze nie mam na to czasu, a po drugie wiem, że Grażyna mówi mi wszystko w dobrej wierze. W ostatnich sekundach wchodzę do pociągu. Konduktor jest na tyle miły, że pozwala by Grażyna znalazła mi miejsce. Ona koniecznie chce usadowić mnie z kimś, kto jedzie do Warszawy, ale po moich gorących zapewnieniach, że naprawdę nie zginę wchodzę do przedziału, w którym siedzi jedna dziewczyna. Żegnam się z towarzyszką, zrzucam plecak i padam jak kłoda na siedzenie. Zimny but, mokre rękawiczki, mokra czapka przestają nagle mieć jakiekolwiek znaczenie. Najważniejsze, że jakoś się udało, że siedzę teraz w pociągu, że zdążę na sztukę.
Po krótkiej chwili zdejmuję płaszcz. Bagażowa półka zamienia się w domową suszarkę. Starannie wieszam na niej szal i kładę się na siedzeniach. Mokre spodnie i przemoczona do ostatniej nitki skarpetka nie pozwalają jednak cieszyć się ciepełkiem. Nie myśląc zbyt długo proszę dziewczynę by zasłoniła zasłonkę i przypominając sobie, że pod spodem mam przecież legginsy ściągam mokre dżinsy. Wieszam je na mojej suszarce, przykrywam się płaszczem i układając się w wygodnej pozycji rozkoszuję się suchością. Podróż mija spokojnie nie licząc pijanych kobiet, które siedziały obok.
- To był mój najlepszy seks w życiu. Bo to chodzi o to, co chłopak ma w wyobraźni. Był boski… - O, nie. Hałasy zniosę. Przekleństwa też, ale najmniejszej ochoty nie mam na „Opowieści seksualne wg pijanej wulgarnej do granic możliwości kobiety”. Zbieram się w sobie i najmocniej jak tylko potrafię walę w ścianę dzielącą nasze przedziały. Hałasy nie ustały, ale „Opowieści seksualne” urwały się jak niedokończony akt beznadziejnej i kretyńskiej sztuki.
Na dworzec Wschodni przybywam bez opóźnienia. Tam po kilkunastu minutach spotykam się z Dominiką i już po półgodzinnej jeździe autobusem przybywamy do ATM Studio
- Mamy świetne miejsca. – Mówi uradowana Domi. – Tu już jest pierwszy rekwizyt. – Mówi pokazując mi krzesło.
- A tu kanapa. Tu wisi sukienka i jak się schylisz to dotkniesz ślicznych bucików.
- Jakie śliczne cekinki ma ta sukienka. O jej, jaki fajny obcas.
Oglądamy scenę, ale osobom pilnującym chyba niezbyt się to podoba. Po dotknięciu wszystkiego, czego dotknąć się dało zajmujemy nasze supermiejsca.
Dzięki oczom i gadulstwu Dominiczki ja oglądałam sztukę rozumiejąc już o wiele więcej. Oglądałam ją oczami Dominiki czując jak radość, wdzięczność i szczęście wypełnia każdy zakątek mojego ciała.
- Pani później do Mai tak? – Pyta w przerwie pani Kasia, która ostatnim razem się mną zaopiekowała.
- Tak. Bardzo chciałabym. – Odpowiadam zdumiona.
- To ja panią zaprowadzę po spektaklu na górę.
- Dziękuję bardzo.
Po owacjach na stojąco i zakończeniu bisów podchodzi do mnie chłopak i mówiąc, że jest z teatru bierze mnie na górę. Pamiętam te schody, ten chłód i echo na korytarzu.
Z mają jak zwykle gorące i serdeczne przywitanie. Oh, nie chcę nawet wyrażać tu słowami ile dla mnie ta chwila znaczy.
- O jej, pan już idzie? – Mówię słysząc, że Jacek, z którym też chciałam porozmawiać z kimś się żegna.
- A co potrzeba? Mogę nie iść.
-, Bo bardzo chciałam chwilkę z panem porozmawiać, ale…
- Dobrze, to rozmawiajcie. Ja tu podpisuję. – Mówi Maja podpisując mi „Kruma”.
- Nie wiem jak i od czego zacząć. Chciałam tyle panu powiedzieć, bo chodzi o książkę, którą różni ludzie czytali mi w pociągach i nie tylko.
- Nie mów do mnie na pan.
- Dobrze. Dzięki tej książce zrozumiałam… - Rozmowa jest krótka, ale treściwa. Później załatwienie spraw z Mają
- Maju, jeszcze jedno pytanie. Ale ono jest chyba głupie i nie na miejscu.
- No mów.
- Bo wiesz…
Dziś trzeci raz już zupełnie sama, bogatsza o to, co „pokazała” mi Dominiczka idę na „Opowieści afrykańskie wg Szekspira”. Nie chcę i nie będę myślała o tym, co potem. Chcę pić szczęście i upojona słodkim jego smakiem zatopić się raz jeszcze w oceanie teatralnej błogości.
- Gdzie ty w takie śniegi pojedziesz? – Mówi z rozpaczą w głosie babcia.
- Babciu, będzie dobrze. Jadę, jadę. Już od miesiąca mam bilety.
- Bo ty nie widzisz co się dzieje. Koniec świata! Na co ci te teatry! Co ci to daje?!! – Krzyczy.
-Oj, przestań już. Ludzie funkcjonują, wychodzą do pracy, szkoły i życie się toczy! – Odpowiadam lekko wzburzona.
Jak można mnie zatrzymywać? Postanowiłam przecież już miesiąc temu, że idę z Dominiką na „Opowieści Afrykańskie wg Szekspira”. Znów teatr, Maja, emocje, podróż, nowi ludzie…
Rozstajemy się z babcią w lepszych już nastrojach. Ona najwyraźniej zrozumiała, że pojadę niezależnie od wszystkiego, a ja przestałam przejmować się tym, co ona mówi kierowana złością i daleko posuniętą troską.
Po kilku minutach spędzonych na przystanku wyglądam jak bałwan. Plecak, kurtka, torebka i czapka szczelnie skryły się pod pierzynką mocno sypiącego śniegu. Wiedząc o zawirowaniach atmosferycznych przezornie postanowiłam wyjść na autobus wcześniejszy, który i tak nie przyjechał. Wreszcie po 40 minutach śniegowego szaleństwa staje przede mną mały busik. – No to jestem uratowana. Strzepując z plecaka i czapki wierzchnią warstwę śniegu wskakuję do środka.
Do Wrocławia przez mocno wiejący wiatr i sypiący wciąż śnieg jedziemy znacznie dłużej. Doskonale wiem, że jeszcze kilka sekund, a pociąg do Warszawy stanie się jedynie niezrealizowanym pragnieniem. Gdy nareszcie dojeżdżamy do celu w pośpiechu opuszczam cieplutkie wnętrze busa.
Jedna noga, Druga i… Chlup. Mój śliczny, czarny bucik z mlaśnięciem wpadł w coś, co było mokre, zimne, ciapowate jak zbyt płynna kasza manna i głębokie na pół łydki. Słownik znanych mi wulgaryzmów otworzył się sam na szczęście tylko w głowie.
- A dlaczego nie ma pani przewodnika? – Pyta osoba, która zdecydowała się pomóc mi szybko przemieścić się na dworzec.
- Bo nie mam. – Odpowiadam zdawkowo siląc się na grzeczność.
- To źle. A kto w ogóle panią wypuścił z domu?
- Sama. Mieszkam sama, a tak poza tym to od jakichś kilku lat jestem osobą dorosłą. – Odpowiadam zirytowana czując jak prawa nogawka spodni otula swą mokrą i zimną powierzchnią moją jeszcze suchą i ciepłą łydkę. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że Grażyna, z którą zaczynamy już mówić sobie po imieniu jest wolontariuszką w TPG.
- To pamiętaj, jak tylko potrzebowałabyś gdzieś się przemieścić i jak będziesz w okolicach Dolnego Śląska to się odezwij. Masz tu mój numer.
- Ja przede wszystkim dziękuję ci za pomoc. Bez ciebie na pewno nie dałabym rady. – Mówię wbiegając na peron, bo pociąg za chwilkę zamierza chyba ruszyć.
Kiedy tak biegniemy Grażyna przekonuje mnie, że bez przewodnika to bardzo źle jeździć, że zawsze ktoś musi być, że niebezpiecznie, że ciężko etc.
- Masz rację. Ale jeżeli akurat nie ma nikogo to przecież nie zamknę się w domu tylko dla tego, że nie mam przewodnika. – O teatrze nie wspominam, bo po pierwsze nie mam na to czasu, a po drugie wiem, że Grażyna mówi mi wszystko w dobrej wierze. W ostatnich sekundach wchodzę do pociągu. Konduktor jest na tyle miły, że pozwala by Grażyna znalazła mi miejsce. Ona koniecznie chce usadowić mnie z kimś, kto jedzie do Warszawy, ale po moich gorących zapewnieniach, że naprawdę nie zginę wchodzę do przedziału, w którym siedzi jedna dziewczyna. Żegnam się z towarzyszką, zrzucam plecak i padam jak kłoda na siedzenie. Zimny but, mokre rękawiczki, mokra czapka przestają nagle mieć jakiekolwiek znaczenie. Najważniejsze, że jakoś się udało, że siedzę teraz w pociągu, że zdążę na sztukę.
Po krótkiej chwili zdejmuję płaszcz. Bagażowa półka zamienia się w domową suszarkę. Starannie wieszam na niej szal i kładę się na siedzeniach. Mokre spodnie i przemoczona do ostatniej nitki skarpetka nie pozwalają jednak cieszyć się ciepełkiem. Nie myśląc zbyt długo proszę dziewczynę by zasłoniła zasłonkę i przypominając sobie, że pod spodem mam przecież legginsy ściągam mokre dżinsy. Wieszam je na mojej suszarce, przykrywam się płaszczem i układając się w wygodnej pozycji rozkoszuję się suchością. Podróż mija spokojnie nie licząc pijanych kobiet, które siedziały obok.
- To był mój najlepszy seks w życiu. Bo to chodzi o to, co chłopak ma w wyobraźni. Był boski… - O, nie. Hałasy zniosę. Przekleństwa też, ale najmniejszej ochoty nie mam na „Opowieści seksualne wg pijanej wulgarnej do granic możliwości kobiety”. Zbieram się w sobie i najmocniej jak tylko potrafię walę w ścianę dzielącą nasze przedziały. Hałasy nie ustały, ale „Opowieści seksualne” urwały się jak niedokończony akt beznadziejnej i kretyńskiej sztuki.
Na dworzec Wschodni przybywam bez opóźnienia. Tam po kilkunastu minutach spotykam się z Dominiką i już po półgodzinnej jeździe autobusem przybywamy do ATM Studio
- Mamy świetne miejsca. – Mówi uradowana Domi. – Tu już jest pierwszy rekwizyt. – Mówi pokazując mi krzesło.
- A tu kanapa. Tu wisi sukienka i jak się schylisz to dotkniesz ślicznych bucików.
- Jakie śliczne cekinki ma ta sukienka. O jej, jaki fajny obcas.
Oglądamy scenę, ale osobom pilnującym chyba niezbyt się to podoba. Po dotknięciu wszystkiego, czego dotknąć się dało zajmujemy nasze supermiejsca.
Dzięki oczom i gadulstwu Dominiczki ja oglądałam sztukę rozumiejąc już o wiele więcej. Oglądałam ją oczami Dominiki czując jak radość, wdzięczność i szczęście wypełnia każdy zakątek mojego ciała.
- Pani później do Mai tak? – Pyta w przerwie pani Kasia, która ostatnim razem się mną zaopiekowała.
- Tak. Bardzo chciałabym. – Odpowiadam zdumiona.
- To ja panią zaprowadzę po spektaklu na górę.
- Dziękuję bardzo.
Po owacjach na stojąco i zakończeniu bisów podchodzi do mnie chłopak i mówiąc, że jest z teatru bierze mnie na górę. Pamiętam te schody, ten chłód i echo na korytarzu.
Z mają jak zwykle gorące i serdeczne przywitanie. Oh, nie chcę nawet wyrażać tu słowami ile dla mnie ta chwila znaczy.
- O jej, pan już idzie? – Mówię słysząc, że Jacek, z którym też chciałam porozmawiać z kimś się żegna.
- A co potrzeba? Mogę nie iść.
-, Bo bardzo chciałam chwilkę z panem porozmawiać, ale…
- Dobrze, to rozmawiajcie. Ja tu podpisuję. – Mówi Maja podpisując mi „Kruma”.
- Nie wiem jak i od czego zacząć. Chciałam tyle panu powiedzieć, bo chodzi o książkę, którą różni ludzie czytali mi w pociągach i nie tylko.
- Nie mów do mnie na pan.
- Dobrze. Dzięki tej książce zrozumiałam… - Rozmowa jest krótka, ale treściwa. Później załatwienie spraw z Mają
- Maju, jeszcze jedno pytanie. Ale ono jest chyba głupie i nie na miejscu.
- No mów.
- Bo wiesz…
Dziś trzeci raz już zupełnie sama, bogatsza o to, co „pokazała” mi Dominiczka idę na „Opowieści afrykańskie wg Szekspira”. Nie chcę i nie będę myślała o tym, co potem. Chcę pić szczęście i upojona słodkim jego smakiem zatopić się raz jeszcze w oceanie teatralnej błogości.
czwartek, 16 lutego 2012
Pani Elżbiecie i pani Wisławie dziękuję za...
Dziś kolejny radosny, niezwykły i pełen nowych zdarzeń dzień.
Po południu spotkałam się z moją byłą wychowawczynią z liceum. Ze szczerym sercem i ręką na nim każdemu, kto zagląda czasami na tego bloga życzyłabym takiej wychowawczyni i takiej polonistki. Dziś prócz niezwykle wzbogacających mnie rozmów i picia pysznej kawy z wielu powodów czytałyśmy sporo wierszy.
- Oczywiście znasz wiersz Wisławy Szymborskiej „Uprzejmość niewidomych”? – Zapytała pani gdy doszłyśmy do zmarłej niedawno poetki.
- Nie. Nie znam.
- Naprawdę? To poczekaj. Zaraz ci przeczytam.
Pani Elżbieto Droga, dziękuję nie tylko za ten wiersz. Dziękuję za czas, zrozumienie i te pełne zimna minuty spędzone ze mną na przystanku w oczekiwaniu na choćby drobny ślad autobusu. :)
Pani zaś, pani Wisławo dziękuję za ten wiersz:
Uprzejmość niewidomych
Poeta czyta wiersze niewidomym.
Nie przewidywał, że to takie trudne.
Drży mu głos.
Drżą mu ręce.
Czuje, że każde zdanie
wystawione jest tutaj na próbę ciemności.
Będzie musiało radzić sobie samo,
bez świateł i kolorów.
Niebezpieczna przygoda
dla gwiazd w jego wierszach,
zorzy, tęczy, obłoków, neonów, księżyca,
dla ryby do tej pory tak srebrnej pod wodą
i jastrzębia tak cicho, wysoko na niebie.
Czyta - bo już za późno nie czytać -
o chłopcu w kurtce żółtej na łące zielonej,
o dających się zliczyć czerwonych dachach w dolinie,
o ruchliwych numerach na koszulkach graczy
i nagiej nieznajomej w uchylonych drzwiach.
Chciałby przemilczeć - choć to niemożliwe -
tych wszystkich świętych na stropie katedry,
ten pożegnalny gest z okna wagonu,
to szkiełko mikroskopu i promyk w pierścieniu
i ekrany i lustra i album z twarzami.
Ale wielka jest uprzejmość niewidomych,
wielka wyrozumiałość i wspaniałomyślność.
Słuchają, uśmiechają się i klaszczą.
Ktoś z nich nawet podchodzi
z książką otwartą na opak
prosząc o niewidzialny dla siebie autograf.
Po południu spotkałam się z moją byłą wychowawczynią z liceum. Ze szczerym sercem i ręką na nim każdemu, kto zagląda czasami na tego bloga życzyłabym takiej wychowawczyni i takiej polonistki. Dziś prócz niezwykle wzbogacających mnie rozmów i picia pysznej kawy z wielu powodów czytałyśmy sporo wierszy.
- Oczywiście znasz wiersz Wisławy Szymborskiej „Uprzejmość niewidomych”? – Zapytała pani gdy doszłyśmy do zmarłej niedawno poetki.
- Nie. Nie znam.
- Naprawdę? To poczekaj. Zaraz ci przeczytam.
Pani Elżbieto Droga, dziękuję nie tylko za ten wiersz. Dziękuję za czas, zrozumienie i te pełne zimna minuty spędzone ze mną na przystanku w oczekiwaniu na choćby drobny ślad autobusu. :)
Pani zaś, pani Wisławo dziękuję za ten wiersz:
Uprzejmość niewidomych
Poeta czyta wiersze niewidomym.
Nie przewidywał, że to takie trudne.
Drży mu głos.
Drżą mu ręce.
Czuje, że każde zdanie
wystawione jest tutaj na próbę ciemności.
Będzie musiało radzić sobie samo,
bez świateł i kolorów.
Niebezpieczna przygoda
dla gwiazd w jego wierszach,
zorzy, tęczy, obłoków, neonów, księżyca,
dla ryby do tej pory tak srebrnej pod wodą
i jastrzębia tak cicho, wysoko na niebie.
Czyta - bo już za późno nie czytać -
o chłopcu w kurtce żółtej na łące zielonej,
o dających się zliczyć czerwonych dachach w dolinie,
o ruchliwych numerach na koszulkach graczy
i nagiej nieznajomej w uchylonych drzwiach.
Chciałby przemilczeć - choć to niemożliwe -
tych wszystkich świętych na stropie katedry,
ten pożegnalny gest z okna wagonu,
to szkiełko mikroskopu i promyk w pierścieniu
i ekrany i lustra i album z twarzami.
Ale wielka jest uprzejmość niewidomych,
wielka wyrozumiałość i wspaniałomyślność.
Słuchają, uśmiechają się i klaszczą.
Ktoś z nich nawet podchodzi
z książką otwartą na opak
prosząc o niewidzialny dla siebie autograf.
niedziela, 12 lutego 2012
Rok
Mój blog wczoraj skończył roczek. :))) Zawsze kiedy kończy się jakiś okres jest czas na to by coś postanowić, z czegoś się przed sobą rozliczyć i zbudować w sobie nowe pokłady nadziei na wspaniałe jutro.
Cieszę się, że stworzyłam dla siebie miejsce, w którym mogę rozmyślać i mówić o tym, co mnie porusza, nurtuje, ciekawi i raduje. :))) Niech ten kolejny rok, który właśnie się rozpoczyna będzie owocny w dobre zdarzenia.
Każdego dnia chcę:
Stawać się lepszym człowiekiem
Uśmiechać się szczerze do siebie i innych
Kochać siebie i innych
Cieszyć się każdym nowym dniem
Wszystkim, którzy czasami tu zaglądają życzę radości, miłości i spokoju. W książce Beaty Pawlikowskiej „W dżungli niepewności” czytamy: „Słowo „ja” w naszym języku źle się kojarzy. Ale w życiu trzeba być pewnego rodzaju egoistą. Trzeba wiedzieć czego się pragnie i trzeba szanować swoje marzenia i dbać o swoje życie, bo jeśli Ty tego nie zrobisz dla siebie, to kto?...” – Szanujmy więc siebie, swoje marzenia i pragnienia. – Bo tylko szanując siebie możemy szczerze i prawdziwie szanować innych. :)))
Cieszę się, że stworzyłam dla siebie miejsce, w którym mogę rozmyślać i mówić o tym, co mnie porusza, nurtuje, ciekawi i raduje. :))) Niech ten kolejny rok, który właśnie się rozpoczyna będzie owocny w dobre zdarzenia.
Każdego dnia chcę:
Stawać się lepszym człowiekiem
Uśmiechać się szczerze do siebie i innych
Kochać siebie i innych
Cieszyć się każdym nowym dniem
Wszystkim, którzy czasami tu zaglądają życzę radości, miłości i spokoju. W książce Beaty Pawlikowskiej „W dżungli niepewności” czytamy: „Słowo „ja” w naszym języku źle się kojarzy. Ale w życiu trzeba być pewnego rodzaju egoistą. Trzeba wiedzieć czego się pragnie i trzeba szanować swoje marzenia i dbać o swoje życie, bo jeśli Ty tego nie zrobisz dla siebie, to kto?...” – Szanujmy więc siebie, swoje marzenia i pragnienia. – Bo tylko szanując siebie możemy szczerze i prawdziwie szanować innych. :)))
wtorek, 7 lutego 2012
Spotkanie z Krzysztofem Warlikowskim, czyli kolejne teatralne marzenie spełnione :))))
Wczorajszy wieczór to kolejny przykład na to, że czasem warto przemóc chęć zostania w łóżeczku pod miękkim kocykiem.
Popołudnie. Mróz, w domu chłodno. Leżę pod cieplutkim polarowym kocem.
- Za godzinę muszę się zbierać. – Myślę zatopiona w lekkim niczym letni wietrzyk śnie, ciesząc się jednocześnie tą całą godziną pod ciepłym kocem.
- A może nie jechać? Będę marzła czekając na powrotny autobus, poza tym będę wracała w nocy sama… - Widząc jednak umykający czas skupiłam wszystkie moje siły i gwałtownie wstając z łóżka pożegnałam złe myśli.
- Czy naprawdę jakiś tam głupi mróz może być powodem by nie pójść na spotkanie z Twoim ulubionym reżyserem teatralnym? Kto za ciebie zada mu te wszystkie pytania? Kto podziękuje za sztuki? – Pijąc kawę uśmiechałam się do siebie czując już niezwykłość tego wieczoru.
Na wrocławskim PKS-ie spotkanie z Grzesiem, któremu niesamowicie dziękuję za pomoc. Zmierzamy do Teatru Polskiego, ale tu czeka nas niespodzianka. Na zamkniętych drzwiach wisi karteczka o zmianie miejsca spotkania. Cóż więc robić, nie zważając na wszechobecny mróz pędzimy na dworzec Świebodzki gdzie wystawiana była „Poczekalnia.0”. Na szczęście udaje się i przybywam 4 minuty przed czasem.
- Państwo byli na „Poczekalni”. – Słyszę znajomy głos.
- Tak. Ja byłam.
- I jak? Podobało się pani? Ewa Skibińska.
- Tak, poznałam. A „Poczekalnia” podobała mi się bardzo. Proszę pani, mogłabym mieć prośbę? – Wypalam wiedząc, że Grzegorz chciałby iść już do domu.
- Słucham?
- Czy jak będziemy wchodzili do Sali mogłaby mi pani pomóc?
- Oczywiście.
Żegnam się z Grzegorzem i daję się porwać tańcującym z radości myślom.
- Idę po ciepłą herbatę. Za chwilkę wrócę, dobrze?
- Jasne.
Oh, cudownie było tak stać w ciepłym budynku wypełnionym ludźmi. Zawsze w takich miejscach czuję jakiś dziwny rodzaj wspólnoty. Może wspólnota to nienajlepsze słowo, ale w powietrzu czuje się coś, co ciężko ubrać w jakiekolwiek słowa.
- Nie czuje się pani sama? – Pyta wracając do mnie pani Skibińska.
- Nie.
- To fajnie, ja tu jeszcze porozmawiam ze znajomymi.
- Oczywiście.
Po kilku minutach podchodzi do mnie znowu.
- A może my się wepchamy? Proszę się mnie złapać. Wejdziemy tyłem.
To mówiąc szybkim krokiem w towarzystwie jeszcze kilku osób pomaszerowałyśmy przez zagracone zaplecze by już po chwili usiąść w pierwszym rzędzie.
Spotkanie z Krzysztofem Warlikowskim i Piotrem Gruszczyńskim było niesamowite. Mówiliśmy o teatrze, o aktorach, o tym, co do tej pory już powstało. Uwielbiam takie spotkania, bo na nich zawsze tak jak wczoraj jest okazja i szansa by wyrazić wszystko, co chciałoby się powiedzieć. Tym sposobem podrzuciłam pomysł realizacji spektakli z audio deskrypcją jak i również podziękowałam za wszystko, co mogłam dostać oglądając dotychczasowe sztuki.
- Nie wyobrażam sobie nawet jak można oglądać te sztuki nie widząc.
- Na pewno ciekawie. – Mówię z uśmiechem.
Po spotkaniu podchodzę do pana Krzysia by wziąć autograf na Krumie. Chwilę rozmawiamy, mówię w skrócie czym jest audio deskrypcja.
- Dowiedziałem się tu czegoś nowego. Będę nad tym myślał.
- Wszystkiego dobrego panie Krzysztofie. – Mówię podając rękę.
- Nawzajem.
Siedząc w autobusie do Świdnicy myślałam o tym niezwykłym wieczorze.
- Ty;le rzeczy jeszcze chciałam mu powiedzieć. – Mówię do siebie.
- Ale poczekaj. Przecież to chyba nie jest Twoje ostatnie spotkanie.
Mam nadzieję, że to nie jest moje ostatnie spotkanie.
- Ten człowiek ma coś dobrego i szczerego w głosie. – Myślę odpływając w ramionach Morfeusza do słodkiej krainy snów.
Popołudnie. Mróz, w domu chłodno. Leżę pod cieplutkim polarowym kocem.
- Za godzinę muszę się zbierać. – Myślę zatopiona w lekkim niczym letni wietrzyk śnie, ciesząc się jednocześnie tą całą godziną pod ciepłym kocem.
- A może nie jechać? Będę marzła czekając na powrotny autobus, poza tym będę wracała w nocy sama… - Widząc jednak umykający czas skupiłam wszystkie moje siły i gwałtownie wstając z łóżka pożegnałam złe myśli.
- Czy naprawdę jakiś tam głupi mróz może być powodem by nie pójść na spotkanie z Twoim ulubionym reżyserem teatralnym? Kto za ciebie zada mu te wszystkie pytania? Kto podziękuje za sztuki? – Pijąc kawę uśmiechałam się do siebie czując już niezwykłość tego wieczoru.
Na wrocławskim PKS-ie spotkanie z Grzesiem, któremu niesamowicie dziękuję za pomoc. Zmierzamy do Teatru Polskiego, ale tu czeka nas niespodzianka. Na zamkniętych drzwiach wisi karteczka o zmianie miejsca spotkania. Cóż więc robić, nie zważając na wszechobecny mróz pędzimy na dworzec Świebodzki gdzie wystawiana była „Poczekalnia.0”. Na szczęście udaje się i przybywam 4 minuty przed czasem.
- Państwo byli na „Poczekalni”. – Słyszę znajomy głos.
- Tak. Ja byłam.
- I jak? Podobało się pani? Ewa Skibińska.
- Tak, poznałam. A „Poczekalnia” podobała mi się bardzo. Proszę pani, mogłabym mieć prośbę? – Wypalam wiedząc, że Grzegorz chciałby iść już do domu.
- Słucham?
- Czy jak będziemy wchodzili do Sali mogłaby mi pani pomóc?
- Oczywiście.
Żegnam się z Grzegorzem i daję się porwać tańcującym z radości myślom.
- Idę po ciepłą herbatę. Za chwilkę wrócę, dobrze?
- Jasne.
Oh, cudownie było tak stać w ciepłym budynku wypełnionym ludźmi. Zawsze w takich miejscach czuję jakiś dziwny rodzaj wspólnoty. Może wspólnota to nienajlepsze słowo, ale w powietrzu czuje się coś, co ciężko ubrać w jakiekolwiek słowa.
- Nie czuje się pani sama? – Pyta wracając do mnie pani Skibińska.
- Nie.
- To fajnie, ja tu jeszcze porozmawiam ze znajomymi.
- Oczywiście.
Po kilku minutach podchodzi do mnie znowu.
- A może my się wepchamy? Proszę się mnie złapać. Wejdziemy tyłem.
To mówiąc szybkim krokiem w towarzystwie jeszcze kilku osób pomaszerowałyśmy przez zagracone zaplecze by już po chwili usiąść w pierwszym rzędzie.
Spotkanie z Krzysztofem Warlikowskim i Piotrem Gruszczyńskim było niesamowite. Mówiliśmy o teatrze, o aktorach, o tym, co do tej pory już powstało. Uwielbiam takie spotkania, bo na nich zawsze tak jak wczoraj jest okazja i szansa by wyrazić wszystko, co chciałoby się powiedzieć. Tym sposobem podrzuciłam pomysł realizacji spektakli z audio deskrypcją jak i również podziękowałam za wszystko, co mogłam dostać oglądając dotychczasowe sztuki.
- Nie wyobrażam sobie nawet jak można oglądać te sztuki nie widząc.
- Na pewno ciekawie. – Mówię z uśmiechem.
Po spotkaniu podchodzę do pana Krzysia by wziąć autograf na Krumie. Chwilę rozmawiamy, mówię w skrócie czym jest audio deskrypcja.
- Dowiedziałem się tu czegoś nowego. Będę nad tym myślał.
- Wszystkiego dobrego panie Krzysztofie. – Mówię podając rękę.
- Nawzajem.
Siedząc w autobusie do Świdnicy myślałam o tym niezwykłym wieczorze.
- Ty;le rzeczy jeszcze chciałam mu powiedzieć. – Mówię do siebie.
- Ale poczekaj. Przecież to chyba nie jest Twoje ostatnie spotkanie.
Mam nadzieję, że to nie jest moje ostatnie spotkanie.
- Ten człowiek ma coś dobrego i szczerego w głosie. – Myślę odpływając w ramionach Morfeusza do słodkiej krainy snów.
poniedziałek, 6 lutego 2012
"Poczekalnia.0"
Piątkowe popołudnie. Proszę moją ciocię, która przyszła nas odwiedzić by skoczyła mi do pobliskiej apteki po Dermosan choć wiem, że nawet gdybym założyła na siebie pluszowy kocyk z ogrzewaczem, to i tak nie byłabym w stanie ochronić się przed wszechobecnym zimnem. Najlepiej w taką pogodę nie wystawiać nosa, ale z kolei Krystian Lupa, jedno z moich teatralnych marzeń, ach, nie, nie ma na świecie absolutnie niczego, co mogłoby mnie zatrzymać. Posmarowałam więc najdokładniej jak się tylko dało buzię kremem, włożyłam rękawice, ubrałam czapkę, zawinęłam się szalem i marsz na autobus.
Siedząc w blaszanej puszce pełnej ludzi musiałam wyglądać trochę jak kosmita. Czapki nie zamierzałam zdejmować, bo w autobusie temperatura daleka była od tropikalnej, a przy tym myśląc o tym, że za kilka chwil na żywo oglądać będę „Poczekalnię.0” uśmiechałam się przez calutki czas.
We Wrocławiu szybka, wspaniała herbatka z Kacperkiem i zmierzamy do teatru.
Scena przypomina trochę niezbyt zadbane pomieszczenie. Popisane ściany, kilka krzeseł. Grupka ludzi pod wpływem alkoholu zawzięcie dyskutuje. Z rozmowy dowiadujemy się, że wracają z Oświęcimia i że są studentami szkoły teatralnej. Pijana dziennikarka, małżeństwo żyjące zdecydowanie obok siebie i starsza pani, Pełna dziwnej samotności i lęku o bliską osobę. W środku nocy pociąg nagle się zatrzymuje na nieczynnym dworcu zostawiając jadących nim pasażerów na łaskę losu. Przez cały spektakl widzimy plątaninę różnego rodzaju emocji. Czujemy samotność, wstyd, bezradność, strach, brak miłości i zagubienie. Wszystko jest takie, jakie jest w życiu. Nie unika się nieeleganckich gestów czy słów. Mam wrażenie, że Poczekalnia.0 to bardziej „być” niż „grać”. Słuchając tej staruszki, której głos nabrzmiały był lękiem, smutkiem i troską od razu zobaczyłam moją babunię, która też się martwi, która też czuje strach, choć może nie potrafi tego wyrazić. Przyglądając się zachowaniu młodych ludzi, którzy za chwilę mieli zostać aktorami przypomniałam sobie swoje spotkania ze znajomymi…
Tak. To jest zdecydowanie ten rodzaj emocji. Oni byli ze mną, nie obok. Chcieli zaprosić mnie w ten świat, który w rzeczywistości jest tym, z czym wielu z nas zmaga się każdego dnia.
Kacperku, :) dziękuję za wszystko. O mały włos ja też zmuszona byłabym do spędzenia nocy w jakiejś poczekalni, bo przez tramwaj, który najwyraźniej nie miał ochoty przyjeżdżać uciekł mi ostatni autobus do Świdnicy.
Pani Jolciu Kochana, :)))) dziękuję bardzo za to, że dziś funkcjonuję jako człowiek a nie jako lodowy sopelek. :) Dziękuję za cudne rozmowy o teatrze, za cieplutką herbatkę i wygodne łóżeczko z gorącym termoforkiem. :))))
Dziś, za kilka godzin w Teatrze Polskim spotkanko z Krzysztofem Warlikowskim. Szal, rękawice, czapka i w drogę. :)))
Siedząc w blaszanej puszce pełnej ludzi musiałam wyglądać trochę jak kosmita. Czapki nie zamierzałam zdejmować, bo w autobusie temperatura daleka była od tropikalnej, a przy tym myśląc o tym, że za kilka chwil na żywo oglądać będę „Poczekalnię.0” uśmiechałam się przez calutki czas.
We Wrocławiu szybka, wspaniała herbatka z Kacperkiem i zmierzamy do teatru.
Scena przypomina trochę niezbyt zadbane pomieszczenie. Popisane ściany, kilka krzeseł. Grupka ludzi pod wpływem alkoholu zawzięcie dyskutuje. Z rozmowy dowiadujemy się, że wracają z Oświęcimia i że są studentami szkoły teatralnej. Pijana dziennikarka, małżeństwo żyjące zdecydowanie obok siebie i starsza pani, Pełna dziwnej samotności i lęku o bliską osobę. W środku nocy pociąg nagle się zatrzymuje na nieczynnym dworcu zostawiając jadących nim pasażerów na łaskę losu. Przez cały spektakl widzimy plątaninę różnego rodzaju emocji. Czujemy samotność, wstyd, bezradność, strach, brak miłości i zagubienie. Wszystko jest takie, jakie jest w życiu. Nie unika się nieeleganckich gestów czy słów. Mam wrażenie, że Poczekalnia.0 to bardziej „być” niż „grać”. Słuchając tej staruszki, której głos nabrzmiały był lękiem, smutkiem i troską od razu zobaczyłam moją babunię, która też się martwi, która też czuje strach, choć może nie potrafi tego wyrazić. Przyglądając się zachowaniu młodych ludzi, którzy za chwilę mieli zostać aktorami przypomniałam sobie swoje spotkania ze znajomymi…
Tak. To jest zdecydowanie ten rodzaj emocji. Oni byli ze mną, nie obok. Chcieli zaprosić mnie w ten świat, który w rzeczywistości jest tym, z czym wielu z nas zmaga się każdego dnia.
Kacperku, :) dziękuję za wszystko. O mały włos ja też zmuszona byłabym do spędzenia nocy w jakiejś poczekalni, bo przez tramwaj, który najwyraźniej nie miał ochoty przyjeżdżać uciekł mi ostatni autobus do Świdnicy.
Pani Jolciu Kochana, :)))) dziękuję bardzo za to, że dziś funkcjonuję jako człowiek a nie jako lodowy sopelek. :) Dziękuję za cudne rozmowy o teatrze, za cieplutką herbatkę i wygodne łóżeczko z gorącym termoforkiem. :))))
Dziś, za kilka godzin w Teatrze Polskim spotkanko z Krzysztofem Warlikowskim. Szal, rękawice, czapka i w drogę. :)))
czwartek, 2 lutego 2012
Dotknij
Stronka zrobiona świetnie.
Ach, może kiedyś stronki teatrów takie jak np. strona Teatru Nowego też będą tak robione?
Fajnie, że teraz można dotknąć Wrocławia.
Na pewno będę częstym gościem tej strony.
A wracając do teatrów. Czyż np. „dotknij teatru” nie brzmi świetnie? :)))
Ach, może kiedyś stronki teatrów takie jak np. strona Teatru Nowego też będą tak robione?
Fajnie, że teraz można dotknąć Wrocławia.
Na pewno będę częstym gościem tej strony.
A wracając do teatrów. Czyż np. „dotknij teatru” nie brzmi świetnie? :)))
Subskrybuj:
Posty (Atom)