Dziś, witając się z Wami najserdeczniej, jak umiem po tej niekrótkiej przerwie, postanowiłam podzielić się tutaj czymś, co w głowie zakiełkowało mi już jakiś czas temu. Bo najwyraźniej ziarenka, pielęgnowane starannie to jedną, to drugą podróżą i podlane w środę sowicie siódmym sezonem „Kobiety na krańcu świata”, wypuściły w czwartek rano pierwsze pączki.
Kiedy chodziłam do szkoły, uwielbiałam na lekcjach geografii przyglądać się różnego rodzaju mapom. Pamiętam, że zwykle miałam mnóstwo pytań, które nie do końca były związane z tematem danej lekcji. Na całe szczęście pani Małgosia [moja wychowawczyni w klasach od 4 do końca gimnazjum], miała umiejętność sprowadzenia mnie na powrót do zajęć, nie lekceważąc przy tym tego, co akurat mnie nurtowało. A nurtowało mnie sporo. Kiedy tematem lekcji były strefy klimatyczne, ja bardzo chciałam wiedzieć, jak pachnie w danej strefie poranek? Co tam jadają na śniadanie? I jak ludzie sobie radzą, kiedy np. przez pół roku jest cały czas ciemno i zimno??
Przy omawianiu stref czasowych, bardziej niż wyliczanie tego, gdzie która jest godzina, pochłaniały mnie wyobrażenia o tym, że gdybym mieszkała w Meksyku, to dopiero teraz bym się budziła, a w Dubaju właśnie jadłabym kolację.
Uwielbiałam zajęcia z globusem. Stawiając palce przy brzegu oceanu, wyobrażałam sobie, że tu jest mój dom, a twardy plastik nagle zamieniał się w obmywany słoną wodą piasek. W tym właśnie domu, przez kilka chwil trwało moje życie. Po lekcjach pędziłam w wyobraźni plażą pozwalając, by wolny wiatr bawił się moimi długimi włosami. Po obiedzie, przed odrabianiem lekcji… - Niestety takim fantazjom nie mogłam oddawać się zbyt długo. Ale wiem, że to dzięki nim lekcja nie była tylko zwykłą lekcją.
Widzącym koleżankom i kolegom zawsze zazdrościłam tego, że mają dostęp do takich cudów jak „National Geografic” czy chociażby zwykły atlas. I tu właśnie zaczynają się owe pączki. :) W związku z tym, zwracam się do Was, drodzy użytkownicy białej laski i właściciele cudownych czworonożnych przewodników, z kilkoma krótkimi pytaniami. Wdzięczna też będę, jeśli zechcecie mi pomóc i jeśli z tymi pytaniami razem dotrzemy do jak największej liczby osób, które również mają ograniczoną możliwość widzenia. Czy coś z tego wyjdzie? – Pojęcia nie mam. Ale Wasze odpowiedzi bardzo pomogą mi, by określić czy mój pomysł, którego na razie nie chcę zdradzać, ma w ogóle możliwość przetrwania.
Odpowiedzi umieszczajcie proszę w komentarzach pod wpisem, na Facebooku czy wysyłajcie mailem na adres: emilia.stalmach@o2.pl
Bo forma, w której zdecydujecie się podzielić ze mną tym, co myślicie ma być dla Was wygodna. Osoby widzące też, rzecz jasna, serdecznie zapraszam do dyskusji.
Pytania są w formie ankiety. Być może rozsądniej byłoby to umieścić na jakimś portalu ankietowym, ale przyznam się Wam, że kiedy zaczęłam ogarniać temat, postanowiłam, że póki co spróbuję zrobić badania używając do tego mojego własnego, bezpiecznego „ogródka”. :-)
Wszystkim, którzy zdecydują się wziąć udział w ankiecie, z serca dziękuję!
Spokojnego weekendu!
Postanowiłam przeprowadzić tę ankietę z kilku powodów. Pierwszy z nich, to zwykła ludzka ciekawość. Zastanawiam się, ilu z Was ma podobny niedosyt alfabetu Braille;a? Uwielbiam podróże i wiele razy odczułam bardzo dotkliwie brak brajlowskiego planu czy mapy danego obszaru. Wasze odpowiedzi pomogą mi zorientować się, czy warto podjąć działania, by w temacie brajlowskich map, planów etc. Próbować zmieniać coś na lepsze.
W razie jakichkolwiek problemów, niejasności etc., zapraszam do kontaktu.
Miłej zabawy!
1 Czy kupiłbyś/kupiłabyś czasopismo podróżnicze, które w swojej ofercie miałoby dodatek w postaci brajlowskiej mapki, wypukłych fotografii czy reportażu w brajlu?
A: Tak.
B: Tak, ale tylko z reportażem w brajlu.
C: Nie.
2 Ile byłbyś/byłabyś w stanie zapłacić za czasopismo podróżnicze oferujące dodatek
Dla osób z dysfunkcją wzroku?
A: Od 5 do 10 złotych.
B: od 10 do 20 złotych.
C: Więcej niż 20 złotych.
3 Czy korzystałbyś/korzystałabyś podczas podróży z brajlowskich map i planów miasta, gdyby były dostępne?
A: Tak.
B: Nie.
C: raczej nie podróżuję.
4 Kiedy jesteś w nowym miejscu, co najbardziej pomaga Ci w jego poznawaniu?
A: Biała laska lub pies przewodnik.
B: Inni ludzie.
C: Aplikacje mobilne.
Bardzo dziękuję za udział w ankiecie. Mam nadzieję, że okaże się ona pomocna nam wszystkim.
Z pozdrowieniami!
Emilia
sobota, 14 listopada 2015
poniedziałek, 20 lipca 2015
Seeing Assistant Move
Pędzę, by podzielić się z Wami historią, która przydarzyła mi się wczoraj!
Zaplanowałam obiad, na który zaprosiłam znajomą, wraz z jej cudowną córeczką. A ponieważ obiad zaplanowałam ja i w dodatku moją współlokatorkę, którą również chciałam na nim widzieć, raczyłam poinformować dopiero rano, :) postanowiłam nie korzystać z pomocy i wszystko zrobić sama. Najpierw próbowałam ustalić, na początku głównie ze sobą, później z drobną pomocą jednak, gdzie byłby sensowny sklep otwarty, w którym mogłabym kupić warzywa na rosół, wegański ma się rozumieć. Po ustaleniu, że takowy znajduje się przystanek od domu, wskoczyłam w sukienkę i popędziłam na zakupy. Miły pan słysząc, że jestem uczulona na jajka [mówię tak wtedy, kiedy nie mam nadmiaru czasu, by wytłumaczyć, że jestem weganką i co to znaczy w praktyce], znalazł mi makaron nitki, który szczęśliwie udało się bez jaj wyprodukować. Reszta zakupów poszła już sprawniej. Z nielekką siatką wychodzę i odpalam gps-a. Zakupiłam go kilka dni temu i wczoraj, pierwszy raz odkryłam jego wspaniałość.
„Po wyjściu ze sklepu skręcasz w lewo, idziesz prosto do przejścia i jak przejdziesz będziesz już na tej drodze osiedlowej.” – Idę więc z laską i klikającym co 10 sekund gps-em tak, jak mówiła współlokatorka. I wreszcie dochodzę do czegoś, co przejście przypomina. Zakładając, zupełnie niesłusznie, że to jest właśnie to przejście, które miało być na wprost idę. I gdyby nie Seeing Assistant Move, który gdy tylko przeszłam zaczął twierdzić, że zdecydowanie od domu się oddalam, być może szłabym tak do teraz. :)
Wróciłam więc i znów usłyszałam, że: „495 metrów pozostało do domu na godzinie dwunastej” – Bo Seeing Assistant Move jest stworzony tak, by poruszanie się z nim było jak najbardziej przystosowane do osoby niewidomej. I kiedy chwilę później usłyszałam, że dom, do którego usilnie zmierzam mam na godzinie szóstej, a w dodatku odległość do niego się zwiększa, byłam już lekko poirytowana. Wracam więc znowu, by za chwilę z jakiegoś okna usłyszeć: „Nie tu! Prosto na przystanek! Trochu w lewo i prosto na przystanek!” – Idąca obok mnie pani, słysząc to łapie mnie bezceremonialnie i mówiąc, że już za chwilę będę na przystanku zostawia mnie w miejscu, które chyba jest przystankiem.
„Gdzie pani idzie? Tu już jest przystanek.” – Słyszę kiedy uwolniona od uścisku, jak najszybciej oddalam się od tego miejsca.
„Dobrze. Ale ja na żaden przystanek nie zmierzam.” – Odpowiadam poirytowana.
„Nie? A to ja nie wiem…”
Do teraz nie mam pojęcia, ile razy próbowałam ustalić, jak w końcu mam iść. Ale to w sumie nie jest ważne. Najważniejsze jest to, że trafiłam w końcu do domu. I cóż z tego, że szłam dłużej. Nikogo nie prosiłam o nic po drodze. Kiedy się gubiłam, wiedziałam o tym, dzięki czemu nie musiałam czekać na człowieka, który być może pomoże, być może oleje. W ogóle nie musiałam czekać i to było w tej całej historii najwspanialsze!
Bo kiedy każdego dnia musisz kogoś o coś pytać [nr autobusu/tramwaju], prosić [zakupy, czytanie składów…], poczucie, że wreszcie możesz sama bez innych ludzi zrobić to, co chcesz i jak chcesz jest bezcenne!
P.S. A propos ludzi, którzy pomagają różnie, historia prawdziwa opowiedziana w piątek przez W.
„Czekam sobie na tramwaj. Wreszcie podjeżdża. Grzecznie więc pytam, jaki to numer? – tramwaj, wsiadaj! – Słyszę w odpowiedzi. – Ponawiam więc moje pytanie o numer i znów słyszę: wsiadaj! Poirytowany trzeci raz pytam o to, jaki ten tramwaj ma numer?! I w odpowiedzi na to, facet wsiada do tramwaju, odwraca się do mnie i mówi: tramwaj! Chodź!
Wreszcie, cudem udało mi się dowiedzieć o numer pojazdu. I co trzeba zaznaczyć, nie był to mój tramwaj.
No tak. Bo przecież wiadomo, że W. na przystanku tramwajowym na samolot czekał!
Zaplanowałam obiad, na który zaprosiłam znajomą, wraz z jej cudowną córeczką. A ponieważ obiad zaplanowałam ja i w dodatku moją współlokatorkę, którą również chciałam na nim widzieć, raczyłam poinformować dopiero rano, :) postanowiłam nie korzystać z pomocy i wszystko zrobić sama. Najpierw próbowałam ustalić, na początku głównie ze sobą, później z drobną pomocą jednak, gdzie byłby sensowny sklep otwarty, w którym mogłabym kupić warzywa na rosół, wegański ma się rozumieć. Po ustaleniu, że takowy znajduje się przystanek od domu, wskoczyłam w sukienkę i popędziłam na zakupy. Miły pan słysząc, że jestem uczulona na jajka [mówię tak wtedy, kiedy nie mam nadmiaru czasu, by wytłumaczyć, że jestem weganką i co to znaczy w praktyce], znalazł mi makaron nitki, który szczęśliwie udało się bez jaj wyprodukować. Reszta zakupów poszła już sprawniej. Z nielekką siatką wychodzę i odpalam gps-a. Zakupiłam go kilka dni temu i wczoraj, pierwszy raz odkryłam jego wspaniałość.
„Po wyjściu ze sklepu skręcasz w lewo, idziesz prosto do przejścia i jak przejdziesz będziesz już na tej drodze osiedlowej.” – Idę więc z laską i klikającym co 10 sekund gps-em tak, jak mówiła współlokatorka. I wreszcie dochodzę do czegoś, co przejście przypomina. Zakładając, zupełnie niesłusznie, że to jest właśnie to przejście, które miało być na wprost idę. I gdyby nie Seeing Assistant Move, który gdy tylko przeszłam zaczął twierdzić, że zdecydowanie od domu się oddalam, być może szłabym tak do teraz. :)
Wróciłam więc i znów usłyszałam, że: „495 metrów pozostało do domu na godzinie dwunastej” – Bo Seeing Assistant Move jest stworzony tak, by poruszanie się z nim było jak najbardziej przystosowane do osoby niewidomej. I kiedy chwilę później usłyszałam, że dom, do którego usilnie zmierzam mam na godzinie szóstej, a w dodatku odległość do niego się zwiększa, byłam już lekko poirytowana. Wracam więc znowu, by za chwilę z jakiegoś okna usłyszeć: „Nie tu! Prosto na przystanek! Trochu w lewo i prosto na przystanek!” – Idąca obok mnie pani, słysząc to łapie mnie bezceremonialnie i mówiąc, że już za chwilę będę na przystanku zostawia mnie w miejscu, które chyba jest przystankiem.
„Gdzie pani idzie? Tu już jest przystanek.” – Słyszę kiedy uwolniona od uścisku, jak najszybciej oddalam się od tego miejsca.
„Dobrze. Ale ja na żaden przystanek nie zmierzam.” – Odpowiadam poirytowana.
„Nie? A to ja nie wiem…”
Do teraz nie mam pojęcia, ile razy próbowałam ustalić, jak w końcu mam iść. Ale to w sumie nie jest ważne. Najważniejsze jest to, że trafiłam w końcu do domu. I cóż z tego, że szłam dłużej. Nikogo nie prosiłam o nic po drodze. Kiedy się gubiłam, wiedziałam o tym, dzięki czemu nie musiałam czekać na człowieka, który być może pomoże, być może oleje. W ogóle nie musiałam czekać i to było w tej całej historii najwspanialsze!
Bo kiedy każdego dnia musisz kogoś o coś pytać [nr autobusu/tramwaju], prosić [zakupy, czytanie składów…], poczucie, że wreszcie możesz sama bez innych ludzi zrobić to, co chcesz i jak chcesz jest bezcenne!
P.S. A propos ludzi, którzy pomagają różnie, historia prawdziwa opowiedziana w piątek przez W.
„Czekam sobie na tramwaj. Wreszcie podjeżdża. Grzecznie więc pytam, jaki to numer? – tramwaj, wsiadaj! – Słyszę w odpowiedzi. – Ponawiam więc moje pytanie o numer i znów słyszę: wsiadaj! Poirytowany trzeci raz pytam o to, jaki ten tramwaj ma numer?! I w odpowiedzi na to, facet wsiada do tramwaju, odwraca się do mnie i mówi: tramwaj! Chodź!
Wreszcie, cudem udało mi się dowiedzieć o numer pojazdu. I co trzeba zaznaczyć, nie był to mój tramwaj.
No tak. Bo przecież wiadomo, że W. na przystanku tramwajowym na samolot czekał!
niedziela, 24 maja 2015
Pytania
Na wstępie zacznę od tego, że nie mam żadnego wytłumaczenia na tak długie milczenie.
Byłam wczoraj w teatrze. Znalazłam się tam przez przypadek, bo dziewczyny, u których miałam nocować szły akurat na sztukę, a że sztuka długa i zaczyna się dopiero po skończonych przeze mnie zajęciach, to postanawiam pójść. Spektakl widziałam już kilka razy i za każdym razem wychodziłam bardziej spragniona tego następnego razu. I teraz nadchodzi moment, w którym nie bardzo wiem, jak mam opowiedzieć wszystko, co zdarzyło się później. Bo czy możliwe jest, by człowiek zmienił się aż tak bardzo w ciągu kilku lat? Siedząc na Sali wypełnionej ludźmi po brzegi miałam wrażenie, że oglądam zupełnie inną sztukę niż miało to miejsce kilka lat wcześniej. A może, starzejąc się zaczynam być mniej uważna? Dużym nadużyciem byłoby stwierdzenie, że spektakl mi się nie podobał. Ale wychodząc z Sali, nie mogłam pozbyć się natarczywego pytania, które nurtuje mnie aż do chwili teraźniejszej, a mianowicie, dlaczego już dziś nie zachwycam się tak, jak kiedyś?
A może to jest tak, jak czasem bywa w związkach? Narkotyczna faza zakochania mija i zostaje zwykła, szara codzienność.
Dalsze rozwlekanie tematu jest pozbawione sensu. – Bo czasem po prostu wystarczy zadać pytanie i pozwolić mu w spokoju dojrzewać.
Byłam wczoraj w teatrze. Znalazłam się tam przez przypadek, bo dziewczyny, u których miałam nocować szły akurat na sztukę, a że sztuka długa i zaczyna się dopiero po skończonych przeze mnie zajęciach, to postanawiam pójść. Spektakl widziałam już kilka razy i za każdym razem wychodziłam bardziej spragniona tego następnego razu. I teraz nadchodzi moment, w którym nie bardzo wiem, jak mam opowiedzieć wszystko, co zdarzyło się później. Bo czy możliwe jest, by człowiek zmienił się aż tak bardzo w ciągu kilku lat? Siedząc na Sali wypełnionej ludźmi po brzegi miałam wrażenie, że oglądam zupełnie inną sztukę niż miało to miejsce kilka lat wcześniej. A może, starzejąc się zaczynam być mniej uważna? Dużym nadużyciem byłoby stwierdzenie, że spektakl mi się nie podobał. Ale wychodząc z Sali, nie mogłam pozbyć się natarczywego pytania, które nurtuje mnie aż do chwili teraźniejszej, a mianowicie, dlaczego już dziś nie zachwycam się tak, jak kiedyś?
A może to jest tak, jak czasem bywa w związkach? Narkotyczna faza zakochania mija i zostaje zwykła, szara codzienność.
Dalsze rozwlekanie tematu jest pozbawione sensu. – Bo czasem po prostu wystarczy zadać pytanie i pozwolić mu w spokoju dojrzewać.
poniedziałek, 23 lutego 2015
Sesja
Pierwsza sesja zdjęciowa za mną.
Gdybym nie doświadczyła tego niesamowicie deprymującego uczucia niepewności, nie uwierzyłabym, że zwykłe zdjęcia mogą być tak stresogennym wydarzeniem.
Do teraz nie wiem, jak udało mi się wytrzymać i nie uciec. Nie wiem też, co na tych zdjęciach będzie widać, bo nagle, stając przed tym aparatem poczułam, że wszystko mi jedno. Całe napięcie, stres i obawa o to, że nie wyglądam tak dobrze, jak chciałabym wyglądać ulotniły się ustępując miejsca dziwnej obojętności. Ustawiłam się i pozwoliłam, by na chwilę to dziwne uczucie wypełniło każdy mój zakamarek.
- O! Z takim leciuteńkim uśmiechem ślicznie! – Usłyszałam
A leciuteńki uśmiech pojawił się sam. Bo nagle poczułam, że przecież jest w porządku. Zrobiłam wszystko, co radził mi mój „aktorski anioł stróż”, :) do którego zawsze biegnę w trudnych dla mnie sytuacjach.
Siedząc w pociągu do Krakowa, z całą mocą uświadomiłam sobie, że przecież te zdjęcia to dopiero początek, coś jak przedszkole. Były robione w bezpiecznych dla mnie warunkach, przed sesją mogłam liczyć na radę doświadczonej, mądrej, ciepłej i życzliwej mi osoby, a po wszystkim znalazł się też ktoś, kto z zainteresowaniem wysłuchał moich opowieści. :) Teraz pozostaje wierzyć, że nie poszło najgorzej i czekać na efekt końcowy. :)
P.S. Sama nie wiem, jak to się stało, że aż tyle czasu tu nie zaglądałam. Dopiero teraz, pisząc tego posta uświadomiłam sobie, jak bardzo tęskniłam za tym miejscem. :)
Gdybym nie doświadczyła tego niesamowicie deprymującego uczucia niepewności, nie uwierzyłabym, że zwykłe zdjęcia mogą być tak stresogennym wydarzeniem.
Do teraz nie wiem, jak udało mi się wytrzymać i nie uciec. Nie wiem też, co na tych zdjęciach będzie widać, bo nagle, stając przed tym aparatem poczułam, że wszystko mi jedno. Całe napięcie, stres i obawa o to, że nie wyglądam tak dobrze, jak chciałabym wyglądać ulotniły się ustępując miejsca dziwnej obojętności. Ustawiłam się i pozwoliłam, by na chwilę to dziwne uczucie wypełniło każdy mój zakamarek.
- O! Z takim leciuteńkim uśmiechem ślicznie! – Usłyszałam
A leciuteńki uśmiech pojawił się sam. Bo nagle poczułam, że przecież jest w porządku. Zrobiłam wszystko, co radził mi mój „aktorski anioł stróż”, :) do którego zawsze biegnę w trudnych dla mnie sytuacjach.
Siedząc w pociągu do Krakowa, z całą mocą uświadomiłam sobie, że przecież te zdjęcia to dopiero początek, coś jak przedszkole. Były robione w bezpiecznych dla mnie warunkach, przed sesją mogłam liczyć na radę doświadczonej, mądrej, ciepłej i życzliwej mi osoby, a po wszystkim znalazł się też ktoś, kto z zainteresowaniem wysłuchał moich opowieści. :) Teraz pozostaje wierzyć, że nie poszło najgorzej i czekać na efekt końcowy. :)
P.S. Sama nie wiem, jak to się stało, że aż tyle czasu tu nie zaglądałam. Dopiero teraz, pisząc tego posta uświadomiłam sobie, jak bardzo tęskniłam za tym miejscem. :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)