piątek, 23 lutego 2018

"Mistrz i Małgorzata" - Całkiem subiektywnie. :)

Pisanie o takich klasykach, jakim niewątpliwie jest „Mistrz i Małgorzata”, nie należy do rzeczy łatwych. Ale ponieważ 04.02.2018. w Teatrze Muzycznym Capitol zagrano 101. raz ten spektakl postanowiłam, że spróbuję przynajmniej opowiedzieć o tym, co było najważniejsze w tym magicznym dla mnie widowisku.

Musicalową wersję [reż. WOJCIECH KOŚCIELNIAK] powieści Michaiła Bułhakowa pierwszy raz dane mi było obejrzeć 9.12.2016. roku. Pamiętam bardzo dokładnie ten dzień, bo z wielu powodów dobry, szczęśliwy i ważny był on dla mnie. Już po pierwszym akcie czułam, że będę chciała zobaczyć jeszcze raz ten spektakl i oglądam go tak do dnia dzisiejszego. Za każdym razem jest inaczej. Za każdym razem jakiś inny wątek, zdanie, słowo staje się mi bliskie, aktualne… Dlatego teraz przede wszystkim skupię się na wrażeniach, które towarzyszyły mi podczas ostatniego spektaklu.

Czytając „Mistrza i Małgorzatę”, dzięki wspaniałej narracji, bez trudu przeniosłam się w stworzony przez autora świat. Dziś, za każdym razem, kiedy uczestniczę w spektaklu, czuję się tak, jak gdybym oglądała zmaterializowaną wersję tego, co podczas czytania książki zbudowałam w swojej wyobraźni. Porywająca, czarująca i idealnie oddająca klimat każdej chwili muzyka PIOTRA DZIUBKA, opowiada o wszystkim tym, co między wierszami, o wszystkim, czego słowami przekazać nie sposób.

Łącznikiem między światem bohaterów, a moim jest osoba, która niczym najbardziej wykwalifikowany przewodnik prowadzi widza przez wszystko, co się wydarza. Kim ona jest? Kim jest ta postać, którą tak doskonale wykreowała JUSTYNA SZAFRAN? O tym, że zna realia świata, po którym nas prowadzi, dowiadujemy się już na samym początku. Wszystko zaczyna się na Patriarszych Prudach. W świetle zachodzącego słońca Iwan Nikołajewicz Ponyriow, poeta piszący pod pseudonimem Bezdomny [MICHAŁ SZYMAŃSKI] rozmawia z Michaiłem Aleksandrowiczem Berliozem, literatem. [ANDRZEJ GAŁŁA] Bez najmniejszego trudu jestem w stanie poczuć zapach rozgrzanego upałem asfaltu czy ciepłe drewno ławki, na której zasiedli członkowie Moskiewskiego Stowarzyszenia Literatów, w skrócie Massolitu. Gdy jednak do rozmowy dotyczącej religii i osoby Jezusa przyłącza się dziwny cudzoziemiec Woland [TOMASZ WYSOCKI], nasza
narratorka zdaje się sama nie do końca wiedzieć, kim on właściwie jest. Naprawdę nie wie? Czy jedynie chce, by widz tak właśnie myślał? Narratorka zatem? Obserwatorka? Uczestniczka? A może po prostu sprawczyni, pomocnica, jak zdawać by się mogło, tego niespełna rozumu Wolanda i jego przedziwnej świty? Bo kto o zdrowych zmysłach przekonuje dopiero co poznanych ludzi, że rozmawiał z Kantem przy śniadaniu? Kto normalny sugeruje swojemu rozmówcy, że ten dzisiejszego wieczoru umrze pod kołami tramwaju? A teraz jeszcze, zapewniając rozmówców, że Jezus istniał naprawdę, wraz z tą tajemniczą kobietą – narratorką zabiera nas hen, daleko: „W białym płaszczu, z krwawym podbiciem, sprężystym krokiem kawalerzysty, bladym świtem czternastego dnia wiosennego miesiąca nisan, pod krytą kolumnadę łączącą dwa skrzydła pałacu Heroda Wielkiego wyszedł procurator Judei Poncjusz Piłat (…)” – To właśnie swym dźwięcznym, jasnym i przejmującym głosem w jednej z piękniejszych piosenek spektaklu oznajmia nam nasza przewodniczka. I tak właśnie przenosimy się do Jeruszalaim. Tam stajemy się świadkami niezwykłej rozmowy, w której Jeszua Ha-Nocri [CEZARY STUDNIAK] próbuje przekonać cierpiącego na paskudną hemicranię Piłata [KONRAD IMIELA], że nie jest winny zarzucanych mu czynów. Wyrok śmierci jednak zostaje podpisany, a ponieważ dnia owego rozpoczyna się wielkie święto Paschy, jednemu z przestępców należy się ułaskawienie. Nie będzie to jednak Ha-Nocri, a Bar Rawan! On dziś otrzyma wolność. Podczas wszystkich zdarzeń w Jeruszalaim w tle przez cały czas towarzyszy nam chór. Jest to na pewno jeden z bardziej przejmujących momentów spektaklu.
Tymczasem na Patriarszych Prudach wszystko wydarzyło się dokładnie tak, jak przewidział Woland. Iwan Bezdomny, widząc śmierć przyjaciela, bezskutecznie próbuje złapać cudzoziemca. A w Gribojedowie, który jest siedzibą Massolitu poruszenie i oczekiwanie. Nie można rozpocząć zebrania bez Berlioza, wszak to on jest przewodniczącym. Cała dziesiątka zdenerwowanych literatów udała się więc do restauracji: „W Gribojedowie jest restauracja! Ta restauracja, to rewelacja! Najlepsza w Moskwie superatrakcja! Wstęp, Massolitu legitymacja (…)” – Słuchając tej skocznej piosenki, często niemalże czułam wszystkie dochodzące z owej restauracji zapachy. A kiedy na scenie pojawia się energetyczny Jazzband z cudowną Jazz-Murzynką [EMOSE UHUNMWANGHO], siłą muszę powstrzymywać się, by pozostać w swoim fotelu. Niezwykłym wydarzeniem też jest wykonany przez Wolanda w Teatrze Variétés pokaz czarnej magii. Celowo pominę tutaj opisywanie sztuczek, które prezentuje nam dziwny cudzoziemiec wraz z Korowiowem [MACIEJ MACIEJEWSKI], Hellą [[EWELINA ADAMSKA-PORCZYK] i kotem Behemotem o bardzo ludzkich manierach. [MIKOŁAJ WOUBISHET] I wreszcie tytułowy Mistrz. [RAFAŁ DZIWISZ] Poznajemy go na Sali szpitala psychiatrycznego, gdzie w środku nocy odwiedza biednego Iwana Bezdomnego, który po awanturze, jaką rozpętał w restauracji Gribojedowa, właśnie do kliniki psychiatrycznej doktora Strawińskiego [KONRAD IMIELA] zostaje zawieziony. Mistrz uświadamia Iwanowi, że na Patriarszych Prudach spotkał się z samym szatanem. I tu dowiadujemy się też, że w klinice został on zamknięty za powieść, którą o Piłacie z Pontu napisał. Zapytany przez Iwana o godność twierdzi, że nie ma już nazwiska. Pseudonim swój zawdzięcza swojej ukochanej Małgorzacie [MAGDALENA WOJNAROWSKA] Poznali się przypadkiem i od tamtej pory niesieni czystą, szczerą i prawdziwą miłością spędzali z sobą każdą wolną chwilę. A w Jeruszalaim Jeszua Ha-Nocri w straszliwym upale z nadzieją wyczekiwał śmierci. Ta jednak nadejść nie chciała, o czym informuje nas w przenikliwie sugestywnej pieśni chór: „A śmierć nie nadchodzi. Słońce się chyli ku zachodowi. A my Ciebie pytamy, po cóż kaźń tę przedłużasz? (…)” Za każdym razem, kiedy słucham tej żarliwej i przepięknej litanii, czuję boleść tych konających wiele godzin ludzi.
Źle się wiedzie też Małgorzacie. Nie wie, gdzie przebywa jej ukochany, z tęsknoty wychudła i pobladła: „Jeśli jesteś gdzieś kochany czemu nie dajesz znaku życia? Przestałeś mnie kochać? Mów szczerze! Jeśli umarłeś, to proszę zwolnij mnie, pozwól oddychać mi (…)”
I nagle, niczym anioł zwiastujący pomyślność, zjawia się Asasello. [BARTOSZ PICHER] Daje kobiecie dziwny krem i nadzieję, że jeśli pójdzie dziś do zupełnie niegroźnego cudzoziemca, będzie mogła dowiedzieć się czegoś o swoim ukochanym. Pokażcie mi kogoś, kto by nie poszedł? I tym sposobem Małgorzata trafia na bal stu królów. Po odpowiednim przygotowaniu staje się jednocześnie jego królową. A na balu pojawiają się różni. Trupy, mordercy, kaci wisielcy. Pojawia się też Frieda: [BOGNA WOŹNIAK-JOOSTBERENS] „Frieda, ja jestem Frieda. Moja chusteczka koszmar i ohyda. Niech już nareszcie rozkaz ktoś wyda, by znikła koszmar i ohyda (…)” Z dalszej części piosenki dowiadujemy się, że Frieda została zgwałcona przez właściciela kawiarni, w której pracowała: „9 miesięcy później chłopczyk, dziecko na świat się narodziło. A ja wyniosłam je do lasu, chusteczkę w usta mu wcisnęłam i poczekałam, zakopałam i tak historia się zaczęła (…)” Bal mija szybko i Małgorzata zaproszona zostaje na ucztę, gdzie Woland świętuje wraz z najbliższymi. W ramach podziękowania szatan pozwala jej wyrazić jedno życzenie. A ona wstrząśnięta historią nieszczęśliwej Friedy, której dała przecież nadzieję, żąda, by przestano podrzucać jej tę chustkę. Diabeł jednak nie jest tu bezdusznym potworem, bo widząc dobroć Małgorzaty, pozwala jej wyrazić jeszcze jedno życzenie. Tym razem ze łzami w oczach Małgorzata prosi o to, co dla niej najważniejsze. I odzyskuje swojego Mistrza. Ani przez chwilę nie wątpię, że wtedy była najszczęśliwszą kobietą na całej kuli ziemskiej.

Wszystkich, którzy z różnych powodów nie dotarli jeszcze na ten niesamowity spektakl, z całego serca zachęcam, by przy najbliższej okazji wybrali się do TM Capitol. Ja zamierzam pojawiać się na tym wspaniałym musicalu tak często, jak będzie to możliwe. Jeżeli ktoś kiedyś wyda płytę DVD z zarejestrowanym spektaklem, będę pierwszą osobą, która pobiegnie ją kupić.

wtorek, 8 sierpnia 2017

"Nine"

Dziś o tym, dlaczego na spektakle warto chodzić po kilka razy.


„Nine”!
Spektakl widziałam trzy razy. Pierwszy raz był dla mnie wyjątkowy, bo miałam zaszczyt pójść na niego z moją wychowawczynią z liceum.
Idąc na musical, który do Capitolu przywędrował z Broadwayu, spodziewałam się emocjonalnej burzy i motyli w brzuchu. Wyszłam jednak mocno rozczarowana, bo poza kilkoma świetnymi piosenkami, sztuka w ogóle do mnie nie przemówiła.
Guido Contini, [BŁAŻEJ WÓJCIK] wydawał się być gdzieś hen, daleko od swojej postaci. Jego gra pozbawiona była jakichkolwiek emocji. Reszta aktorów próbowała trzymać poziom, ale wychodząc z Sali czułam, że gdzieś zagubiła się energia, rytm i prawda.
Leżąc w łóżku, dociekałam czy to jednorazowy wypadek przy pracy, czy jest tak zawsze… Nie było innego sposobu, by o tym się przekonać, jak wybrać się na spektakl po raz drugi. Wrażenia były, niestety, podobne.



Minęło kilka miesięcy i gorycz rozczarowania poszła w niepamięć. – Pomyślałam, że po pierwsze, błędem było iść na sztukę dzień po dniu, a po drugie, skoro kolega nie widział, przysłużę się moim zniżkowym biletem i pójdę po raz trzeci. Ze wszystkich sił starałam się nie sugerować tym, co zobaczyłam podczas pierwszych dwóch występów. – Albo daję dzisiejszemu musicalowi carte blanche albo najmniejszego sensu nie ma, bym tam szła.


Guido Contini, reżyser cierpiący na kryzys twórczy i jego żona, Luisa Contini, [JUSTYNA SZAFRAN] wciąż wybaczająca mu wszelkie zdrady i zaniedbania.


Już na początku czułam, że coś się zmieniło. Nieobecność Guida, kiedy jego żona Luisa, usiłuje powiedzieć mu o tym, że obecne ich życie nie jest jej wizją udanego małżeństwa, swym zimnym powiewem, doleciała aż do mnie. Instynktownie zaczęłam zastanawiać się, jak ja, będąc na miejscu Luisy bym się zachowała? Ale jej spokój i opanowanie, podbite lekką nutką rezygnacji uświadamia nam, że nie pierwszy raz wielki reżyser lekceważy swoją żonę. – Ona przecież i tak zostanie. I tak słówkiem nie piśnie o tym, co w rzeczywistości dzieje się w jej życiu. Na potwierdzenie moich przypuszczeń nie trzeba długo czekać. Przy pierwszym wywiadzie udzielonym dziennikarzom w spa, Luisa przekonuje nas, a może nawet próbuje przekonać bardziej siebie, że w jej małżeństwie wszystko jest w jak najlepszym porządku. A jedna z najpiękniejszych piosenek spektaklu, śpiewana przez panią Contini, opowiada nam nie tylko o dziwnym mężu, który wciąż kręci swój film, ale i o tym, że ona kiedyś też miała wielkie marzenia: „Guido Contini, Luisa del Forno, piękna aktorka marzeń miała moc. Wciąż wydzwaniała do niego z Livorno, potem nie mogła zasnąć całą noc…”

A dziś? - Co dziś zostało z jej wielkiej miłości, z jej wielkich marzeń o aktorstwie?... Regularnie zdradzana przez męża, wciąż jednak przy nim trwa. Po co? – Może po to, by od czasu do czasu poczuć się przez niego zauważoną… Bo to dla niego przecież, idąc zapewne za głosem serca, odłożyła na bok swoje pasje… I to właśnie jemu, kiedy cały świat zaczyna się walić, jest potrzebna.

Samo nasuwa się pytanie, jakim człowiekiem w takim razie jest Guido? Dlaczego jedna, oddana, kochająca, ciepła żona mu nie wystarcza? Skąd u niego tak ogromna potrzeba tworzenia wciąż nowych relacji z kobietami? I wreszcie, czy on w ogóle jest w stanie kochać?...


Claudia Nardi [MAGDALENA WOJNAROWSKA], aktorka wypromowana przez Guida mimo, że darzy reżysera ogromnym uczuciem, jako pierwsza mówi dość. „Nie wiesz nic o uczuciach mych, nie czujesz jak ja. Obojętną nie umiem być, gdy patrzysz mi w twarz. Przepraszam cię, nie daję rady już…” Śpiewa w jednej z najbardziej wzruszających piosenek spektaklu.
Luisa, ta, która miała być zawsze, ostateczną decyzję o odejściu podejmuje, kiedy mąż kręcąc swą nową produkcję stwarza farsę, wykorzystując do tego bez skrupułów jej intymny, delikatny świat uczuć, którymi obdarzała go z nadzieją, że jeszcze się ułoży… „Idź sam! Dziś dobrze wiem, już nie istnieje nawet jedna rzecz, dla której chciałabym zatrzymać cię…” – To właśnie podczas tej piosenki widz, niemalże namacalnie czuje wszystkie ukrywane aż do tej chwili trudne emocje. Ta piosenka zaśpiewana mocno, rozpaczliwie, choć bez łez nie pozostawia nam złudzeń, że to jest koniec. Luisa Od swych pragnień o szczęśliwym życiu uwalnia nie tylko Guida, ale może przede wszystkim uwalnia siebie…



I ja dziś tu stawiam kropkę. To już wszystko, co chciałam powiedzieć. Po swoje przeżycia każdy sam musi pofatygować się do Capitolu. Poza nimi znajdziecie tam całą stronę wizualną, którą pominęłam skupiając się na świecie, który dla mnie w tym spektaklu był ważny.

środa, 25 stycznia 2017

"Ja, Piotr Riviere..."

To, że w ostatniej chwili znalazł się ktoś, kto zdecydował się sprzedać bilety na „Ja, Piotr Riviere…”, nie było przypadkiem. Wiedząc, że miejsc na spektakl brak, odpuściłam i jako nagrodę pocieszenia, kupiłam sobie bilet na recital Konrada Imieli. Ale najwyraźniej, w niedzielę właśnie miałam zanurzyć się w świecie, gdzie granica między tym, co dobre, a tym, co złe została zniesiona.


Gdyby ktoś przed obejrzeniem sztuki zapytał mnie, co myślę o człowieku, który zarąbał siekierą swoją matkę, ojca, brata, dwie siostry i wszystkich sąsiadów, od razu odpowiedziałabym, że albo psychicznie chory, albo psychopata lub sadysta. Oceniłabym i z dumnie uniesioną głową poszłabym dalej, ubolewając nad losem rodziny zbrodniarza. Przed snem przejrzałabym pobieżnie zawartość mojego wnętrza, w celu odnalezienia ewentualnej przyczyny mordu. Niedzielny spektakl zmusił mnie do tego, bym zaczęła stawiać pytania. Oglądając „Ja, Piotr Riviere…”, kilka razy przetasowałam pojęcia dobro i zło, miłość i nienawiść, cierpienie i szczęście. I długo zapewne będę jeszcze tak tasować.

„Tyś durny, jak psie gówno!” – To rodzinne powiedzenie Rivierów, dziedziczone zapewne z pokolenia, na pokolenie.

Rivierowa [Justyna Szafran], kocha to swoje stadko miłością bezwarunkową. Niczego nie wymaga, wystarczy jej, że razem wszyscy.
Victoria [Helena Sujecka], każdy we wsi wie, że dziwka, ale córka i dobre z niej dziecko.
Amien [Magda Kumorek], jakby grzechy siostry chciała złagodzić, ołtarze sobie stawia, za Panienkę Najświętszą się przebiera i z Bogiem rozmawia. We wsi powszechnie wiadomo, że pierdolnięta, ale gdy cuda czynić zaczyna, każdy dom Rivierów odwiedza, by pokłon oddać.
Prosper [Krzysztof Wach], świat swój własny ma na poziomie czterolatka zatrzymany. Żaby ze skóry obdziera, ale niezłośliwie przecież.
Piotr [Sambor Czarnota], najstarszy, wrażliwy i empatyczny. Świni mającej iść pod nóż próbuje ulżyć w tych ostatnich chwilach jej życia, tłumacząc, że cieszyć się powinna, iż ojciec będzie ją szlachtował, bo gdyby na matkę trafiło, to kilka dni krwią własną by się zalewała. I z Bogiem też mu po drodze, bo na ministranta chciał iść, czytać nawet w tym celu zaczął się uczyć. Ale księdzu dobrodziejowi [Andrzej Gałła] cierpliwości i sposobu zabrakło, by wytłumaczyć Piotrkowi, kto to jest właściwie ten „bliźni”.
Riviere [Cezary Studniak], mąż, kurwiarzem przez żonę swoją zwany. Rękę do bicia ma, ale kiedy żona śmierci bliska, córkę, co świętą została z domu wypędza, bo matki uratować nie potrafi. A i pani Rivier przyznaje, że z mężem myślała na tamten świat się wybierać, a bez niego, to i śmierć jakaś taka, „gówno warta”.


Ileż w tych ludziach zagubienia i niepokoju. Miłość, szczerość i patologia. To trio towarzyszyło mi podczas całego spektaklu.
Bo dlaczego Piotr nie mógł zabić, skoro i ojcu przydarzyło się zabójstwo najmłodszego synka, co to ledwo chodzić zaczynał. Nie specjalnie przecież. Nikt go nie potępia, dzieciobójcą nie nazywa.
A Victoria, chłopców lubi... Ale czy matka wszystko widzowi jak na spowiedzi mówi? Być może życzliwy sąsiad, który wraz z innymi przybył podziwiać najmłodszego oseska, w wielkich trudach powitego, wiedział coś, czego nie wie widz? I być może słusznie zauważył, że „Józef święty też nie swoje wychowywał”.


Opowieść Rivierów sprawiła, że na krótką chwilę porzuciłam mój uporządkowany świat wartości i przekonań o tym, co dobre, a co złe. Bo jeśli cała rodzina zgodnie powtarza, że Piotruś ich ”od życia uwolnił”, to kimże ja jestem, by wydawać sądy?


Całości dopełnia niezwykła muzyka [kierownictwo muzyczne Piotr Dziubek], która otulając widza, pozwala mu bez reszty wejść w świat bohaterów.


Teraz, pozostaje mi jedynie podziękować twórcom spektaklu, za tę niecodzienną podróż. Bo takich właśnie przeżyć, refleksji i pytań szukam w teatrze.

czwartek, 10 listopada 2016

Galerianie

I znów długa przerwa.
Ale uznałam, że jeśli nie mam nic ciekawego do powiedzenia, to lepiej zrobię milcząc.

Dzisiejszy post będzie o pewnym typie ludzi. Typ ten nazwałam sobie roboczo galerianie. To szczególny gatunek człowieka, zasiedlający galerie handlowe. Gatunek ten cechuje brak empatii, pośpiech i słaba spostrzegawczość.


Jakiś czas temu okoliczności zmusiły mnie, by odwiedzić jedną z galerii. Załatwiłam, co musiałam i niosąc torebkę na jednym, karton zaś na drugim ramieniu, toczę się w poszukiwaniu wyjścia. Czasem turlająca się po podłożu laska, natrafi na jakieś przemieszczające się z prędkością światła buty, by chwilę później zatrzymać się na tekturowej reklamie. Galerianie pędzą bez ładu i składu i na nic się zdają moje usilne próby ustalenia kierunku, w którym powinnam iść, by wreszcie opuścić to mało przyjazne miejsce. Siedząca na ławce pani, głosem cierpiętnicy informuje mnie, że chętnie pomogłaby mi znaleźć wyjście, ale nie jest z tego miasta. Wreszcie w totalnym akcie desperacji słysząc, że osobnik płci męskiej rozmawiając głośno z innym osobnikiem tej samej płci, z impetem próbuje wyminąć mnie i karton, wyciągam rękę i łapiąc go za kurtkę grzecznie, ale stanowczo pytam, jak mam dojść do wyjścia. Pytanie jednak urywam w pół słowa, gdyż mężczyzna bez trudu uwalnia kurtkę z mojej dłoni, znikając mi natychmiastowo z pola słyszenia.


I być może błąkałabym się po tym centrum handlowym do dziś, gdyby nie jeden starszy pan, który sam zaproponował pomoc.


Ludzie się boją! – To stwierdzenie słyszę najczęściej, kiedy usiłuję się dowiedzieć, skąd w ludzkiej masie taki zupełny brak zainteresowania jednostką. Hmm. To ciekawe. Wszyscy nagle tacy bojaźliwi! I w sumie, to nawet trochę ten strach rozumiem. Bo przecież ktoś, kto się boi budzi współczucie. Lepiej zrobić z siebie sierotę, która umiera ze strachu, niż przyznać się do tego, że zwyczajnie nie miało się czasu, ochoty czy nie wiem czego tam jeszcze, by poświęcić kilka sekund komuś innemu.

czwartek, 4 sierpnia 2016

Czasem trzeba pozwolić odejść

Trudne chwile wzmacniają albo zabijają. Wierzę, że mnie to, co teraz przeżywam nie zabije, choć łatwo nie jest.


Wczoraj poszłam z Fibi do weterynarza. Ropiało jej oczko, sól fizjologiczna nie pomogła. Ponad to u Sissi zauważyłam jakiegoś bąbla. Wyglądało to jak ukąszenie komara. Wszyscy mówili, że niegroźne, ale stwierdziłam, że skoro Fibiaka biorę do lekarza, to i Sissi pokażę. I faktycznie, u Sissi pani doktor stwierdziła niegroźnego kaszaka. Ale Fibi miała zostać poddana niezwłocznie badaniu RTG. Okazało się, że nad okiem ma twardą gulę, której bez RTG nie da się zidentyfikować.

I dziś, ok 10:00 dostałam od pani doktor telefon. Nowotwór złośliwy, nieoperacyjny. To znaczy, próbować można, ale guz by się rozprzestrzeniał.
Pani doktor zapytała mnie wprost: "czy mam ją wybudzać z narkozy, czy pozwoli pani jej odejść?" - Wiadomo, że wolałabym mieć słodziaka dalej przy sobie, ale przecież nie o moje dobro teraz chodzi. Łzy potoczyły się cienką strugą. Zapytałam tylko o to czy ona teraz cierpi? A kiedy usłyszałam odpowiedź twierdzącą, zdecydowałam od razu. Egoizmem byłoby kazać jej cierpieć. Pozwoliłam jej odejść.


Ale nie wyobrażam sobie mojego domu bez zwierzaka. A że Sissi jest zdrowa i mam nadzieję, że szczęśliwa, to postanowiłam, że wezmę 2 samiczki. Świnka mojej przyjaciółki umarła z tęsknoty za drugą świnką, która odeszła pierwsza.
Dlatego tak ważne jest, by Sissi jak najprędzej znalazła towarzystwo innych świnek.


Nie chcę świnki z zoologicznego. Sporo maluchów czeka na dom i właśnie taki dom chcę dać.
Dlatego bardzo Was proszę Kochani, gdyby ktoś z Was wiedział cokolwiek o świnkach, które szukają domu, proszę dawajcie znać! Chcę, by świnki były samiczkami i by nie miały więcej, niż 2 - 3 miesiące.


Muszę dać radę! Dla Sissi i dla przyszłych maluchów.

wtorek, 26 kwietnia 2016

Ulgi podatkowe

Ulgi podatkowe. Mamy ich mnóstwo!

Dziś chciałabym wypowiedzieć się na temat jednej z nich, tej, która najbardziej mnie dotyczy.
Ulga na przewodnika – odliczenie 2280 zł z tytułu konieczności posiadania przewodnika.

Na początku przydałoby się zastanowić, kto zgodziłby się, za 190 zł. Miesięcznie, pracować w formie przewodnika osoby niewidomej? Podkreślam, PRACOWAĆ, a nie pomagać jednorazowo… Ja na pewno, mając wybór, nie zgodziłabym się.
Ale załóżmy, że mamy studenta, który dzięki pomocy wydolnych materialnie rodziców, sytuację finansową ma dobrą. Nie pracuje, bo nie musi, a że jest człowiekiem młodym i serce u niego jeszcze wyczulone na tych, którym trudniej, zgadza się, by za 190 zł. Miesięcznie każdego dnia asystować niewidomej osobie np. w zakupach, zakładając oczywiście, że plan zajęć mu na to pozwala. Ale rok akademicki kiedyś się kończy i student wyjeżdża na zasłużone wakacje. Tam, sącząc drinki z palemką, podejmuje decyzje, że nie chce już być jedynie na utrzymaniu rodziców, a że uczciwość wyssał z mlekiem matki, zgłasza się do jednej z firm, podpisuje umowę i rozpoczyna pracę przy zbiorach sezonowych.
Mijają święta, mija Sylwester i przychodzi czas pitów. I tu zaczynają się schody.
Niewidomy, zgodnie z tym, co miało miejsce w roku ubiegłym, odlicza sobie od dochodów 2280 zł. Przychodzi kontrola z urzędu. Niewidomy podaje imię i nazwisko studenta, który przez ubiegły rok był jego przewodnikiem. Urzędnicy sprawdzają naszego studenta i okazuje się, że coś się nie zgadza. Bo osoba, która może być przewodnikiem niewidomego nie może pracować i nie może przekroczyć kwoty wolnej od podatku. Student, mimo iż przewodnikiem był, nie spełnił warunku, bo uczciwą pracę podjął, a tym samym kwotę wolną od podatku przekroczył.

Szczerze mówiąc, nie chce mi się nawet zastanawiać, jakie konsekwencje, poza finansowymi, grożą jednej i drugiej stronie. Bo sytuacja opisana wyżej jest oczywiście zmyślona, ale pokazuje, moim zdaniem to, o czym nikt głośno nie powie.


Jest ulga, którą od podatku można sobie odliczyć? - Jest.
To niech sobie odliczają. – A co w razie kontroli? – No jak to co. Oddać wszystkie niesłusznie pobrane pieniądze i nie grzeszyć więcej!


Gdybym ja osobiście miała wybór, wolałabym nie mieć żadnej ulgi podatkowej. Bo to jedna wielka fikcja. Ja wolałabym dostać realnego, żywego przewodnika, któremu państwo zapłaciłoby tak, jak każdemu płaci się za wykonywaną pracę. Wystarczyłoby, gdyby taka osoba poświęcała mi czas raz, dwa razy w tygodniu po 2-3 godzinki. Pamiętam, że mieszkając w Warszawie, kilka razy udało mi się skorzystać z asystenta osoby niepełnosprawnej. Ale miast, które świadczą taką usługę jest zaledwie kilka. Kraków, niestety, do grona ich się nie zalicza.
P.s. Posta o ulgach podatkowych stworzyłam, korzystając z pomocy tych, którzy mądrzejsi w tych sprawach ode mnie. Ale jeśli któryś z czytelników zauważy błąd w toku mojego rozumowania, z wdzięcznością przyjmę wszelkie wyjaśnienia! :)

poniedziałek, 21 marca 2016

KNFB Reader

Wszystkich, którzy mimo tak ogromnych przerw jeszcze decydują się tu zaglądać witam bardzo, bardzo serdecznie, dziękując jednocześnie za cierpliwość.

Tak naprawdę, od kilku miesięcy zbieram się, by usiąść i napisać. Bo przecież powodów, by to zrobić każdego dnia nadarza się wiele. Ale do pisania też trzeba mieć siłę i jako taki porządek w głowie.


Najpierw, sprawa najważniejsza!
Gdybym miała imiona i nazwiska osób, które zdecydowały się, by dorzucić cegiełkę do programu czytającego ze zdjęć, każdemu z osobna wysłałabym podziękowania. Bo to, co każdy z Was zrobił dla mnie i dla Sandry było cudownym przykładem na to, że ludzi, którzy chcą pomagać wcale nie brakuje.
Korzystanie z programu jest trudniejsze, niż mi się na początku wydawało. Najważniejsze, by opanować ustawianie aparatu w odpowiedniej odległości nad tekstem. Ja wciąż to ćwiczę i wychodzi mi to z różnym skutkiem. Ale pierwszy raz odczułam radość z posiadania programu, kiedy zapragnęłam zjeść sobie kiszoną gotowaną kapustę. Specjalnie w tym celu kupiłam sobie przyprawę do bigosu. Ale wtedy kupiłam też kilkanaście innych przypraw i oczywiście każde opakowanie takie samo w dotyku. Postanowiłam więc, że czas skorzystać z zakupionego „oka”. Nie wiem, ile zrobiłam fotografii, ale radość była naprawdę ogromna, kiedy wreszcie, bez pomocy osób widzących znalazłam upragnioną przyprawę! Kolejna sytuacja miała miejsce kilka dni temu. Zamówiłam 3 wegańskie sery żółte. 1 to była Mozzarella, a dwa pozostałe były wędzone. Zależało mi na tym, by najpierw otworzyć Mozzarellę. I tym razem programik nie zawiódł. Myślę, że jeszcze wiele razy uratuje mnie w potrzebie.

Szczerze mówiąc, głupio mi, że tak późno dzielę się z Wami tym, co mogłam odczytać dzięki programowi. Ale pocieszam się myślą, że lepiej późno, niż w ogóle.


Dziękuję Kochani!