wtorek, 10 lipca 2012

24 anielskie godziny

Środowy wieczór. Z Adą pędzę do ortodonty. Wyciski i separacja, czyli założenie między górne zęby trzonowe w moim przypadku takich gumek z okrągłymi pierścionkami w środku. Te oto gumki mają rozszerzyć zęby tak, by później dało się tam założyć pierścienie. Ok. Niebieskie gumki wepchnięte tam, gdzie trzeba. Teraz jedyne o czym marzę, to pójść do domu i zasnąć. A podobno najbardziej boleć ma jutro.


W czwartek pobudka o 04:24. Ryż z bananową papką jakoś da się zjeść. Część zabieram do słoika, bo z zębami na resorach, które jeszcze wściekle bolą jedzenie graniczy z cudem. Pakuję laptopa, bieliznę, szczoteczkę, parę pierdół i zmykam na autobus do Wrocławia. W nim poznaję Agnieszkę, z którą spędzam na dworcu czas, który został mi do pociągu do Warszawy. Do ostatnich chwil zastanawiałam się jeszcze czy jechać, ale na spotkanie ruchu „Teatr nie jest produktem. Widz nie jest klientem” czekałam już bardzo długo. Postanowiłam więc, że nic nie zepsuje mi tego dnia. Przesiadka w Poznaniu zrobiona. 5 minut na szczęście wystarczyło. Niestety w Koninie wysiadka i powrót do Wrocławia. Chcąc mieć już aparat i zdążyć na „Opener” muszę u ortodonty pojawić się dziś o 20:00. Smutna, słaba, z bolącymi zębami i bolącą duszą wracam.


I wreszcie nadchodzi upragniony poniedziałek. Blender, kuchenka na prąd, laptop, trochę ciuchów i wieczorem wypad do Warszawy, z której w towarzystwie Beatki i części jej rodzinki zmierzam do Gdańska. Mam w prawdzie z niego się niebawem wyprowadzić, w domu ani łóżek ani szafy już nie ma, ale podłoga jest, materac też więc czego trzeba więcej.


W środę pobudka wczesnym świtem. Pakuję do słoika papkę i wyjazd do Gdyni. Dziś pierwszy raz w moim życiu zobaczę „Anioły w Ameryce”. Ścisk jak przy kasie w Biedronce podczas sobotniego popołudnia, a ludzi wciąż przybywa. Wreszcie otwierają barierki i wtedy zaczyna się autentyczny bieg w stronę namiotu teatralnego. 500 miejsc wypełnia się w 10 minut. Udało nam się wejść, ale ja nie wyobrażam sobie oglądać tego spektaklu z takiej wysokości.
- Beatko, jak myślisz czy kiedyś uda mi się znaleźć w pierwszym rzędzie?
- Idź sobie tam, na schody.
I oto miejscówka na samym dole schodów stanie się moja na 4 teatralne dni. Raz tylko siedziałam w pierwszym rzędzie na krzesełku.


Dudniący deszcz, mokra scena i odgłosy prób dochodzące z zewnątrz nie są w stanie zakłócić mi tej magicznej chwili. Maksymalnie skupiona siedzę bez reszty zanurzając się w skąp likowany świat amerykańskich homoseksualistów, mormonów, urzędników, co żyją dzięki układom, nieszczęśliwych kobiet i kochających matek.
- „Wszyscy stoimy w rozkroku pomiędzy miłością, a egoizmem.” – Czy ja także zdecydowałabym się ratować siebie? Czy w ogóle mam prawo oceniać jego zachowanie? – Zastanawiam się wchodząc w świat miotanego sprzecznymi doznaniami Louisa. [Jacek poniedziałek]. A Prior? [Tomasz Tyndyk] Co czuje człowiek stojący z AIDS twarzą w twarz, zostawiony przez ukochanego? I wreszcie czy można kochać i jednocześnie czuć nienawiść?
- „Miłość jest trudna. Jest ambiwalentna i jeśli pogwałcisz jej twarde prawo odwróci się przeciwko tobie.” Czy mormoński krypto gej Joe [Maciej Stuhr] żyjący z uzależnioną od tabletek żoną [Maja Ostaszewska] o tym wiedział?
5,5 godziny mija błyskawicznie. Opuszczam teatralny namiot i już chcę czwartek. Raz to dla mnie zbyt mało by wgryźć się we wszystkie poruszane w „Aniołach| wątki.


W czwartek znowu wyścig, tym razem pędzę od razu na sam środeczek dolnych schodów. Widzącym z tak niskiej perspektywy ciężko oglądać spektakl, ale dla mnie to idealna miejscówka. Drżenie podłogi, kroki aktorów, stukanie kul, z którymi porusza się anioł [Magda Cielecka] doskonale rekompensują brak wzroku. I dziś znów daję się prowadzić postaciom przez ich zawiłe labirynty uczuć. Cóż może mieć w środku Roy, [Andrzej Chyra] dla którego wszystko załatwić można za pomocą telefonu i piętnastu cyferek? A mimo to w obliczu choroby człowiek ten doskonale wie, że „życie powinno się błogosławić”. I on, w najgłębszych zakamarkach serca skrywa tęsknotę za miłością, przebaczeniem i spokojem duszy.


W piątek wchodzę na „niepełnosprawnego”, czyli jako uprzywilejowana, o ile jak to Beatka powiedziała ślepotę nazwać można przywilejem. I tym razem siedzimy w pierwszym rządku, obok siebie na krzesełkach w dziecięcych rozmiarach.
- I co, on wszedł dopiero teraz na scenę? – Pytam Beatki słysząc pierwszą rozmowę Harper z panem Ściemniaczem. [Rafał Maćkowiak]
- Nie. Był na niej cały czas. Sztuczny śnieg padający na scenę, niesamowite światła i cała ta wzrokowa część stały się odrobinę bliższe. Opuszczając namiot czułam się jak osoba uzależniona. Im więcej substancji, w tym przypadku „Aniołów”, tym częściej chciałabym tego zażywać. Z każdym dniem te uwikłane w swoje problemy postaci stają się częścią mnie. Chcę je rozumieć, chcę z nimi współodczuwać, chcę szukać odpowiedzi na pytania, które wypowiadane ich ustami rodzą się w moim sercu.


Sobota rozpoczyna się nienajlepiej. Najpierw wstajemy zbyt późno. Później SKM-ka wywozi nas nie tam, gdzie trzeba, aż w końcu docierając na Opener toniemy w strugach deszczu i wszechobecnym od 4 dni błocie.
- Wejdę, choćbym miała w tym błocie nurkować. – Mówię do siebie brodząc po kałużach. I istotnie się udaje. Pędem na mokre schody i ostatni raz oddaję się w emocjonalno-rozważaniową podróż.
- „Prior, kochasz mnie?”
- „Tak.”
- „A gdybym cię teraz opuścił to znienawidziłbyś mnie?”
- Tak." - Czy miłość może stawiać warunki? – A czy można opuścić w chorobie kogoś, z kim dzieliło się aż do teraz nie tylko łóżko, ale i każdą chwilę?
„Nienawidzę siebie kurewsko i całkowicie.” – Czy taki człowiek może prawdziwie kochać innego człowieka? „Nigdy mi nie ufałeś” – słyszymy dalej z ust Louisa stojącego przy łóżku kochanego.
- „Dlaczego ja jeszcze żyję? Człowiek ze złamanym sercem powinien od razu umierać.” - Mówi Harper. Ta biedna uzależniona kobieta pragnie miłości, jak wysuszony kwiat wody. Ale tak samo mocno pragnie tego uczucia jej mąż Joe.


Mówiąc o „Aniołach w Ameryce” nie mogę nie wspomnieć o przecudownym poczuciu humoru Krzysztofa Warlikowskiego i o rewelacyjnym tłumaczeniu Jacka Poniedziałka. Dla samych tylko tekstów i muzyki stanęłabym w kolejce sto razy większej i sto razy dłużej mogłabym poczekać na możliwość wejścia do namiotu. Bo skoro „życie jest nawykiem” to czerpmy z niego jak najwięcej dla siebie by móc dawać radość innym.


Dziękuję wszystkim, którzy sprawili, że przeżyłam to, co przeżyłam. Mam nadzieję, że 24 anielskie godziny będą miały szansę jeszcze się powtórzyć.

2 komentarze:

dominikus pisze...

hej, widzę że dopięłaś swego, cieszę się że udało Wam się dostać na Anioły, mam nadzieję że będą kiedyś w ATM-ie. No i o zębach nie zapomniałaś. Dobra dziewczynka. Pozdrawiam. D.

Emilia Stalmach pisze...

Domi, :((( na razie mała szansa na "Aniołki" w Warszawie. Ale oczywiście jakby co, piszę do Ciebie od razu i dla siebie rezerwuję bilety na wszystkie spektakle.
Pozdrówki dla rodzinki. :-)