niedziela, 4 sierpnia 2013

Śnieżka - Pierwszy mój szczyt! :)))

3 sierpnia 2013, sobota godzina 13:25, szczyt! Śnieżka! [1602 m n.p.m.]



Poranek nerwowy i szybki! W moim plecaku, prócz kiciusia od K., który jeździ absolutnie wszędzie, gdzie jeżdżę ja, 3 litry wody, hurtowa ilość wegańskich kanapek, które moja babunia pieczołowicie przygotowała, kurtka, na wszelki wypadek, gdyby deszcz jednak zechciał padać, portfel i bluza M., która, prócz bluzy spełnia jeszcze kilka dodatkowych funkcji. :)


Do Karpacza przybywamy przed 10. Trasa wybrana, szczegóły ustalone. Przyczepienie pół metrowego sznurka do plecaka, którego mogę się trzymać w początkowej fazie zdaje się być nawet przydatne. A wybrana przez nas trasa idealna! Przyjemny chłodek, szumiący strumyk i czyste, leśne powietrze. Po opuszczeniu asfaltowej ścieżki stwierdzam jednak, że najbezpieczniej czuję się kiedy idę jedynie z moją laską.

I tu musi paść kilka słów o mojej górskiej partnerce, bo bez niej to wszystko nie byłoby tak pełne. – Decydując się na wejście trochę bałam się tego, że będę traktowana bardziej jak osoba, której trzeba ciągle doglądać, a tego rzecz jasna, za wszelką cenę wolałabym uniknąć. I dzięki Monice udało się to w stu procentach.

Monia! :))) Dzięki ogromne za to, że dałaś mi poczucie partnerstwa. Dzięki za to, że nie próbowałaś ingerować w moje gramolenie się z laską po stromych i kamienistych podejściach i wreszcie dziękuję, że chciało Ci się i że byłaś moimi oczami! – Z całej duszy życzyłabym sobie podobnych partnerów do kolejnych wejść.


Żwirowana dróżka płynnie przechodzi w stromą i usłaną ostrymi kamieniami. Monia dzielnie ostukuje je kijkami bym słyszała, gdzie należy się kierować. A ja czuję, że jestem w idealnym miejscu i czasie. Góry, strumyki, Świeży, górski zapach wolności, wysiłek, ja z laską i fruwające niczym motyle myśli. Za Białym Jarem, przyjemny chłodek ustępuje miejsca żywemu i pełnemu słońcu. – Pniemy się więc w górę odrobinę wolniej. Przed szczytem za górną stacją wyciągu na Kopę płasko, a ogromne morza kosodrzewiny ogrodzone poręczami. Ludzi jak mrówek! Ja trzymając się poręczy prawie biegnę. I nic zdaje się nie znaczyć wzniesienie, które szybko ustąpiło miejsca płaskiemu. Monia co chwilę musi mnie od moich cudownych poręczy zabierać, bo ludzie kłębią się wszędzie, a ich wielkie oczy skierowane w naszą stronę chyba nie ułatwiają ogarnięcia sytuacji. Na domiar złego nie mamy żadnego wyboru, bo nasz czarny szlak jest zamknięty w dalszej części z powodu budowy, trzeba więc iść jedną, jedyną trasą albo wracać, czego nikt pod uwagę nie bierze. 10 minut przed szczytem mój telefon powitał mnie w Czechach, a mijający mnie ludzie też dość często po czesku mówili. Miło było słyszeć ten dźwięczny i radosny język.


Wreszcie o 13:25 docieramy na szczyt. Drewniany kościółek, czeski bufet i tłum ludzi. – Ale ja niewiele z tego rejestruję. Siadam pod kościołem, gdyż tylko tam można uświadczyć cienia i odpływam. Monia idzie zrobić parę zdjęć, które dzielnie robiła nie tylko podczas kanapkowych przerw, ale wszędzie tam, gdzie widoki nie pozwalały przejść obojętnie. – Ja nie mam ochoty na nic! Nie chcę nigdzie iść, nie chcę z nikim rozmawiać. Siedzę i pozwalam by myśli szły tylko sobie znanymi dróżkami. – Chłód, który bardzo szybko daje o sobie znać zmusza mnie do ubrania bluzy. – Kanapka, picie, krótki SMS i czas szykować się do zejścia. – Na koniec jeszcze zdjęcie i już toczę się z laską w dół. Tu wcale nie idzie tak sprawnie jak w górę. Nie chcę iść za rękę ani za kijek ani za sznurek. Zejdę tak, jak weszłam. Wreszcie poręcze, tu idzie jak po maśle. Monia przystaje, robi zdjęcia, a ja dziarsko idę dalej. Ale wszystko, co łatwe szybko się kończy, czas więc na kamole i stromizny. Na początku w miarę. Monia nawet kawałek się oddala, a ja już układam w głowie całą koncepcję białej górskiej laski. Moja jest wspaniała, ale chyba zbyt delikatna, zbyt niestabilna. :) Oj, nie raz i nie dwa ozłocić ją chciałam, kiedy to niestrudzenie wyszukiwała w kamieniach najlepszej możliwie opcji i chroniła niczym anioł stróż, znosząc dzielnie moje zachwiania równowagi. To z kolei pozwoliło mi uniknąć spotkania twarzy z podłożem. A mogłam ich kilka mieć, bo koncentracja i cudne samopoczucie chyba gdzieś na Śnieżce się ostały. Ale nawet wtedy cieszyłam się, że jest tak, jak jest, że weszłam i schodzę. Przy Białym Jarze jedyna przerwa. Strumień służy za lodówkę i umywalkę, a apaszka Moniki, którą w końcu decyduję się na głowę nałożyć z chęcią przyjmuje lodowatą wodę. Mokry turban działa na mnie jak cudotwórczy lek! Wraca trzeźwość myślenia i cała siła witalna. Ochłodzone, a co za tym idzie ożywione idziemy dalej. Monia schodzi bokiem, a ja bardzo żałuję, że moja górska laska dopiero utworzona w myślach. Tracę rachubę czasu, wydaje mi się nawet, że przez moment nie myślę o niczym, a jedynymi bodźcami, które jakoś do mnie docierają są głos Moniki [„Lekko w prawo, teraz w lewo, tu jest taki fajny kamień. Nie odrywaj pierwszej nogi zanim nie staniesz stabilnie drugą!...”] i miarowe stukanie kijków po kamieniach. – Ech, tylko Ty, Monia wiesz, ile musiało Cię to kosztować… - Ja wiem jedno! Niewiele znam osób, które chciałyby pójść ze mną w góry i którym chciałoby się sterować mnie, że tak powiem zdalnie. :))):)))


Przy końcowym odcinku dostajemy od miłego pana gratulacje i wreszcie przed piątą jesteśmy na dole. – Wdzięczność stóp za zdjęcie butów, nie do opisania! :) – Wdzięczność moja dla Moniki, bezgraniczna! – Chęć kolejnego wyjścia w góry, ogromna! – A skoro kolejna górska partnerka jest, skoro Szrenica miała być druga, to niech i tak będzie! :)))

Brak komentarzy: