poniedziałek, 30 września 2013

Nic za darmo...

Lekcje. Kilka ich w moim życiu w czasach licealnych opuściłam. Dziś mam naprawdę wielką ochotę, by móc sobie zrobić wagary od tych, które funduje nam los, czy jakkolwiek chcemy nazywać tą niesamowitą siłę.


Plan był prosty. Skoro pracy nie mogę znaleźć, to należy dostać się na studia, złożyć czym prędzej papiery o stypendium, dzięki temu pogłębiać wiedzę i przede wszystkim mieć pieniądze na dalsze rozwijanie śpiewu. Pierwsza część udała się dość gładko, teoretycznie od jutra jestem studentką pierwszego roku buddologii. Wniosek o stypendium dla osób niepełnosprawnych, dzięki nieocenionej pomocy Basi złożony. Dziś ostatni dzień na stypendium socjalne. Całe sterty zaświadczeń, tony papierów i nieodparta myśl, że to chyba jest ponad moje siły. Ale nie poddajemy się! Walczymy do końca!

Świnki nakarmione, kawa wypita, ręce i zęby umyte, można więc iść! – W autobusie pytam, trochę od niechcenia, jak najlepiej dostać się na Grodzką? Miły chłopiec twierdzi, że pomoże przesiąść się w odpowiedni tramwaj, bo wysiada tam, gdzie mam wysiąść ja. Na przystanku tramwajowym okazuje się jednak, że po pierwsze jest jakiś objazd, a po drugie Patryk ma czas i chętnie pomoże mi do samego końca. – Gdyby wiedział, jak to się zakończy, myślę, że przynajmniej kilka razy zastanowiłby się, czy na pewno ma czas… Gdybym ja wiedziała, jaki będzie koniec, za nic w świecie nikogo nie poprosiłabym o żadną pomoc!

Na miejsce przybywamy późno, ale kolejka jak w PKP przed świętami. Pytam Patryka czy na pewno chciałby tu czekać? – Twierdzi, że tak. Daję mu więc teczkę prosząc, by przeczytał mi co tu mam, bo kartka, jak kartka. Cienka, szeleszcząca, giętka, raczej gładka i z reguły w formacie a4. Mogłabym zapamiętać, w jakiej kolejności poukładane są dokumenty, ale do tego musiałby być spełniony 1 warunek. Najpierw trzeba byłoby je ułożyć! Zaczyna się fajnie, bo na dzień dobry witają nas wszelkie oświadczenia z ZUS-u, urzędu skarbowego i z gimnazjum mojej siostry. Później jeszcze kilka innych niezbędnych zaświadczeń i wchodzimy. Niemiła pani odbiera dokumenty, spina i rzucając na biurko twierdzi, że wniosku o stypendium nie ma i że są braki! – Na szczęście okazuje się, że moją sprawę powinna załatwiać pani obok. Ta jest odrobinę milsza, bo bierze dokumenty i powolutku przegląda.
- Ale wniosek o stypendium nawet nie został w usosie wypełniony. –
W piątek, przez kilka godzin siedziałam z Bartkiem w kafejce internetowej, walcząc właśnie z usosem i tym dziwnym wnioskiem o stypendium. – Dla niewtajemniczonych, usos, czyli uniwersytecki system obsługi studiów, to taki elektroniczny system, który jest po to, by studentowi czasami zbyt łatwo nie było, bo wszystko, co się w nim wypełni, należy później wydrukować i osobiście złożyć do jednostki prowadzącej.
- Proszę pani, w piątek z kolegą wypełniłam ten wniosek. Drukowałam go razem z tymi wszystkimi oświadczeniami. – Mówię cicho, bo skoro oni go tam nie widzą, to co kogo obchodzi, że w piątek zostało coś gdzieś wydrukowane. I czy aby na pewno zostało wydrukowane? Bartek mówił, że mamy wszystko…
- Nie mogła pani go wypełnić, bo go tutaj nie ma!
Niech państwo teraz idą i wypełnią ten wniosek. Ale trzeba go wypełnić dziś, bo jutro już usos nie pozwoli. Tu trzeba wypełnić odręcznie, a tu to, czego brakuje. - Wszystko oczywiście kierowane jest do stojącego obok mnie Patryka. Nawet nie próbuję się domyślać, co on musiał czuć w całej tej sytuacji.

Ogromny wstyd, smutek i bezbrzeżne poczucie winy sprawiają, że jedyne, co potrafię Patrykowi powiedzieć po wyjściu to: „dziękuję Ci i przepraszam…”
- Ale ja tego nie rozumiem! Przecież skoro nie możesz fizycznie przeczytać tych papierów, to czy tak trudno zrobić jedno stanowisko z mówiącym komputerem i drukarką? Wypełniasz, drukujesz i po sprawie. Wcześniej nie myślałem nawet, że tak prosta czynność, jak wypełnienie czegoś może być tak trudna.

Idąc z Patrykiem do jego instytutu, próbuję jakoś ratować sytuację, ale im bardziej chcę się usprawiedliwić, tym bardziej czuję się jak ostatnia ofiara losu. – Patryk koniecznie chce pomóc wypełnić mi ten wniosek w usosie. – Jak daleko sięga granica wstydu? I co jest za nią? – Zastanawiam się odbierając od Patryka wydrukowane dokumenty.


Wstyd do tej pory trzyma mnie żelazną dłonią gdzieś w okolicy krtani. – Bo „dziękuję” i „przepraszam” to chyba zbyt proste. - W końcu, słowo daję nie chciałam, ale wciągnęłam niewinnego człowieka w ogromną stertę całkiem prywatnych papierów. - I mówiąc szczerze, do teraz nie wiem, co byłoby najbardziej poprawne w tej całej głupiej sytuacji.


Chyba zaczynam rozumieć ludzi, którzy twierdzą, że nic nie ma w tym świecie za darmo. I rzecz jasna, nie mówię tu o płaceniu kartą czy gotówką…

Brak komentarzy: