„W chwilach ostatecznych człowiek zawsze jest sam, bez względu na to, kim był i co robił.” To przerażająco prawdziwe zdanie dla mnie jest jednym z najważniejszych zdań z „Generała.” Oglądając spektakl czułam w sobie mnóstwo kotłujących się emocji. Bo widziałam człowieka, [Generał Jaruzelski, w tej roli świetny Marek Kalita] który miota się po tym swoim życiu jak ptak, którego schwytano i zamknięto w klatce. Widziałam oprawcę, dowcipnego kumpla, niespełnionego ojca i chorego, starego mężczyznę. Widziałam też kobietę. [Generałowa. Bardzo ciekawa kreacja Małgorzaty Maślanki.] Silną, troskliwą, ciepłą i nieustępliwą. Ile samozaparcia i miłości trzeba w sobie mieć, by wytrwać, by być obok mimo przeciwności?
Jest też córka. [Tym razem w tej roli nieprzeciętna Aleksandra Popławska] Młoda, wrażliwa, zbuntowana i empatyczna. Ta na pozór krucha istota dobrze wie jak chce żyć. Przyjeżdża na obiad, by się pożegnać: „Tu nie chodzi o ciebie, ale o mnie. Ty beze mnie sobie poradzisz, zawsze sobie radziłeś, ja z Tobą nie mogę. […] On miał 19 lat. Pisał wiersze. Zabiliście go, bo nie mogliście mu uwierzyć, że jest wolny.” Patrząc na tą młodą osobę odniosłam wrażenie, że ona doskonale wie jaką ścieżką chce podążać. – „Ojciec tak z troski czy żeby dokuczyć? Troski nie potrzebuję, a złośliwości już mnie nie biorą.” – Mówi spokojnie gdy generał rzuca w jej kierunku sarkastyczną zaczepkę.
Napisana przez Jarosława Jakubowskiego i wyreżyserowana przez Aleksandrę Popławską oraz Marka Kalitę sztuka w bardzo ciekawy sposób dotyka tematu zła. Nie podaje wszystkiego na tacy, nie ocenia. Na wzmiankę też zasługuje oprawa muzyczna, która idealnie współbrzmi z rytmem spektaklu.
Opowieść o generale równie dobrze mogłaby być opowieścią o każdym innym człowieku. Bo w chwilach ostatecznych człowiek zawsze jest sam, bez względu na to, kim jest i co robi…
2 komentarze:
DLA KONTRASTU, CIEKAWA I WEDŁUG MNIE BARDZIEJ TRAFNA ANALIZA SPEKTAKLU WIOLETTY WITKOWSKIEJ:
Wojciech Jaruzelski został oskarżony o "kierowanie związkiem przestępczym o charakterze zbrojnym, który na najwyższych szczeblach władzy PRL przygotowywał stan wojenny w 1981 r." Generałowi Jaruzelskiemu postawiono też drugi zarzut - o "sprawstwo kierownicze zabójstwa robotników Wybrzeża w grudniu 1970 roku”. Postępowanie sądowe, rozpoczęte w marcu 2008, nie doprowadziło do odczytania aktu oskarżenia. W roku 2013, 90-letni generał Jaruzelski nadal oczekuje na proces. Ten kontekst polityczny sprawia, że „Generała”, sztukę ukazującą prezydenta PRL-u w przeddzień rozprawy sądowej, mimo wyraźnych odwołań do czasoprzestrzeni Polski Ludowej, można potraktować jako sztukę mówiącą o teraźniejszości. „Nie sądźcie nas!” - woła Marek Kalita ubrany w komunistyczny mundur, z twarzą osłoniętą charakterystycznymi, ciemnymi okularami . Trudno to stwierdzenie zinterpretować inaczej, niż jako apel o zaprzestanie niekończących się procesów lustracyjnych, dzięki którym społeczeństwo pławi się w goryczy wobec domniemanych wrogów Solidarności. W miejsce dawnego etosu patrioty walczącego o Polskę tworzy się etos antybohatera, szukając winnych komunizmu i jego zbrodniczej przeszłości - pomyślałam, słuchając monologu generała, przemawiającego zza zielonego, partyjnego stołu. Niestety, na tle mało treściwej całości, monolog ten był dla mnie jak jeden celny strzał z karabinowej serii, która trafia w stal i rozprasza się na wszystkie strony.
Niełatwo wygłosić opinię, która kłóci się z opiniami innych recenzentów, wielbiących sztukę w reżyserii Marka Kality i Aleksandry Popławskiej za bezstronność, zdrowy dystans i brak ocen, za przyjemną groteskowość tytułowej postaci, za fantasmagoryczność, w miejsce publicystyki. Chcąc być szczerą muszę jednak przyznać, że po sztuce, która zdobyła tak wiele nagród i nominacji spodziewałam się czegoś więcej. W warstwie treściowej i formalnej szukałam punku zaczepienia, czegoś, co nie pozwoliłoby mi wyjść z teatru z „pustymi rękami”. To się nie udało, mimo, że Marek Kalita, tak jak pisano, trafnie oddał sposób mówienia i poruszania Wojciecha Jaruzelskiego - z resztą i on i wszyscy aktorzy zebrali spore owacje. Mnie generał ani nie rozbawił swoją groteskowością, ani nie poruszył dramatyzmem sytuacji, w której się znalazł, ani nie zaskoczył wypowiadanymi stwierdzeniami, ani nie zdenerwował pretensjami wygłaszanymi wobec żony i córki.
MONIKA
Nie rozumiałam za to zasadności zimnego erotyzmu, jakim nasączono jego relację z żoną, ani przebłysków scenicznego realizmu, który, niewiele wnosząc, mieszał się z „teatralnością” tytułowej postaci. Główny jednak zarzut, jaki stawiam tej sztuce, dotyczy samego tekstu. Dla mnie, zaproszenie kontrowersyjnej niejako, a napewno budzącej emocje, postaci politycznej (czy może historycznej? ) na deski teatru powinno wiązać się z pogłębieniem refleksji na jej temat. Oczekiwałabym, że usłyszę o jej trudnościach i obawach, czy też sympatiach i antypatiach, czy wreszcie pomysłach i wizjach - albo w jakikolwiek inny sposób zdołam się do niej zbliżyć . Generałowi - „marionetce rozgrywającej swój spektakl w teatrze historii” - jak trafnie określił tę kreację Jan Bończa-Szabłowski w Rzeczpospolitej, powinny moim zdaniem towarzyszyć postaci, które dopowiedzą resztę - przy czym wcale nie musi to być obrona ani oskarżenie. Chodziłoby raczej o to, by obok generała-marionetki zjawił się generał jako człowiek. Wobec braku tego wymiaru, a także braku czegokolwiek co mogłoby się pojawić w to puste miejsce (może generał ikona PRL-u, albo generał - ucieleśnienie etosu współczesnego antybohatera?) spektakl jest dla mnie teatralną wydmuszką. Wszystkie interesujące formalnie zabiegi - pomieszanie czasoprzestrzeni, konfrontacja rozrywkowego nastroju karaoke z chłodną rzeczywistością polityczną, teatralna zabawa charakterystycznym rekwizytem wodza - mównicą - to wszystko zdaje się nie służyć żadnej idei. Dwuznaczne zdanie wypowiedziane na końcu, które, parafrazując, brzmiało: „gdybym stanął po ich stornie, byłbym bohaterem, a zarazem zdrajcą” - nie zostało w spektaklu niczym wytłumaczone ani uzasadnione, ponieważ nie rozwinięto wątku bohaterstwa i zdrady, pozostawiając widza na poziomie ogólności i oczywistości. To, że Wojciech Jaruzelski jest sądzony za udział w komunistycznych zbrodniach już wiem - ze sztuki „Generał” nie dowiedziałam się nic więcej, ani o nim, ani o jego czasach. Nie potrafię też - z całym szacunkiem - przyłączyć się do stwierdzenia recenzentki Dziennika Gazeta Prawna, Agnieszki Michalak, o tym że reżyserzy sztuki „pytają (…) o granice ludzkiej tożsamości”. Mnie udało mi się odczytać żadnego pytania. Ze 100-minutowego spektaklu w pamięci została mi jedna scena, którą opisałam na początku.
Prześlij komentarz