Dziś o tym, dlaczego na spektakle warto chodzić po kilka razy.
„Nine”!
Spektakl widziałam trzy razy. Pierwszy raz był dla mnie wyjątkowy, bo miałam zaszczyt pójść na niego z moją wychowawczynią z liceum.
Idąc na musical, który do Capitolu przywędrował z Broadwayu, spodziewałam się emocjonalnej burzy i motyli w brzuchu. Wyszłam jednak mocno rozczarowana, bo poza kilkoma świetnymi piosenkami, sztuka w ogóle do mnie nie przemówiła.
Guido Contini, [BŁAŻEJ WÓJCIK] wydawał się być gdzieś hen, daleko od swojej postaci. Jego gra pozbawiona była jakichkolwiek emocji. Reszta aktorów próbowała trzymać poziom, ale wychodząc z Sali czułam, że gdzieś zagubiła się energia, rytm i prawda.
Leżąc w łóżku, dociekałam czy to jednorazowy wypadek przy pracy, czy jest tak zawsze… Nie było innego sposobu, by o tym się przekonać, jak wybrać się na spektakl po raz drugi. Wrażenia były, niestety, podobne.
Minęło kilka miesięcy i gorycz rozczarowania poszła w niepamięć. – Pomyślałam, że po pierwsze, błędem było iść na sztukę dzień po dniu, a po drugie, skoro kolega nie widział, przysłużę się moim zniżkowym biletem i pójdę po raz trzeci. Ze wszystkich sił starałam się nie sugerować tym, co zobaczyłam podczas pierwszych dwóch występów. – Albo daję dzisiejszemu musicalowi carte blanche albo najmniejszego sensu nie ma, bym tam szła.
Guido Contini, reżyser cierpiący na kryzys twórczy i jego żona, Luisa Contini, [JUSTYNA SZAFRAN] wciąż wybaczająca mu wszelkie zdrady i zaniedbania.
Już na początku czułam, że coś się zmieniło. Nieobecność Guida, kiedy jego żona Luisa, usiłuje powiedzieć mu o tym, że obecne ich życie nie jest jej wizją udanego małżeństwa, swym zimnym powiewem, doleciała aż do mnie. Instynktownie zaczęłam zastanawiać się, jak ja, będąc na miejscu Luisy bym się zachowała? Ale jej spokój i opanowanie, podbite lekką nutką rezygnacji uświadamia nam, że nie pierwszy raz wielki reżyser lekceważy swoją żonę. – Ona przecież i tak zostanie. I tak słówkiem nie piśnie o tym, co w rzeczywistości dzieje się w jej życiu. Na potwierdzenie moich przypuszczeń nie trzeba długo czekać. Przy pierwszym wywiadzie udzielonym dziennikarzom w spa, Luisa przekonuje nas, a może nawet próbuje przekonać bardziej siebie, że w jej małżeństwie wszystko jest w jak najlepszym porządku. A jedna z najpiękniejszych piosenek spektaklu, śpiewana przez panią Contini, opowiada nam nie tylko o dziwnym mężu, który wciąż kręci swój film, ale i o tym, że ona kiedyś też miała wielkie marzenia: „Guido Contini, Luisa del Forno, piękna aktorka marzeń miała moc. Wciąż wydzwaniała do niego z Livorno, potem nie mogła zasnąć całą noc…”
A dziś? - Co dziś zostało z jej wielkiej miłości, z jej wielkich marzeń o aktorstwie?... Regularnie zdradzana przez męża, wciąż jednak przy nim trwa. Po co? – Może po to, by od czasu do czasu poczuć się przez niego zauważoną… Bo to dla niego przecież, idąc zapewne za głosem serca, odłożyła na bok swoje pasje… I to właśnie jemu, kiedy cały świat zaczyna się walić, jest potrzebna.
Samo nasuwa się pytanie, jakim człowiekiem w takim razie jest Guido? Dlaczego jedna, oddana, kochająca, ciepła żona mu nie wystarcza? Skąd u niego tak ogromna potrzeba tworzenia wciąż nowych relacji z kobietami? I wreszcie, czy on w ogóle jest w stanie kochać?...
Claudia Nardi [MAGDALENA WOJNAROWSKA], aktorka wypromowana przez Guida mimo, że darzy reżysera ogromnym uczuciem, jako pierwsza mówi dość. „Nie wiesz nic o uczuciach mych, nie czujesz jak ja. Obojętną nie umiem być, gdy patrzysz mi w twarz. Przepraszam cię, nie daję rady już…” Śpiewa w jednej z najbardziej wzruszających piosenek spektaklu.
Luisa, ta, która miała być zawsze, ostateczną decyzję o odejściu podejmuje, kiedy mąż kręcąc swą nową produkcję stwarza farsę, wykorzystując do tego bez skrupułów jej intymny, delikatny świat uczuć, którymi obdarzała go z nadzieją, że jeszcze się ułoży… „Idź sam! Dziś dobrze wiem, już nie istnieje nawet jedna rzecz, dla której chciałabym zatrzymać cię…” – To właśnie podczas tej piosenki widz, niemalże namacalnie czuje wszystkie ukrywane aż do tej chwili trudne emocje. Ta piosenka zaśpiewana mocno, rozpaczliwie, choć bez łez nie pozostawia nam złudzeń, że to jest koniec. Luisa Od swych pragnień o szczęśliwym życiu uwalnia nie tylko Guida, ale może przede wszystkim uwalnia siebie…
I ja dziś tu stawiam kropkę. To już wszystko, co chciałam powiedzieć. Po swoje przeżycia każdy sam musi pofatygować się do Capitolu. Poza nimi znajdziecie tam całą stronę wizualną, którą pominęłam skupiając się na świecie, który dla mnie w tym spektaklu był ważny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz