Środa, wietrzny jesienny poranek. – Po kilku próbach udaje się uzyskać połączenie.
- Dzień dobry. Chciałam zapytać czy są jeszcze bilety na „Opowieści afrykański wg Szekspira”?
- Nie. Biletów już nie ma. Następne spektakle dopiero w lutym.
- O jej, na niedzielę też już nie ma?
- Nie ma. Od 20 grudnia zaczynamy sprzedaż biletów na lutowe spektakle.
- Dobrze, dziękuję bardzo.
Sobota, zimny poranek. Witam się ze świneczkami, sypię im jedzenia i zabezpieczam picie na kilka dni, ubieram plecak, daję klucze sąsiadowi by na wszelki wypadek jeszcze jutro zajrzał do moich maluchów i pędzę na przystanek. Wchodzę do tramwaju jadącego w stronę dworca głównego i z przerażeniem odkrywam, że portfel wraz z dokumentami i całą zawartością leży sobie spokojnie na przedpokoju. Tu ogromne podziękowania dla mamy Tomka, która w trybie natychmiastowym dostarczyła mi portfel na dworzec. Pod dworcem szybkie spotkanko z Alicją tą, którą poznałam wracając z krakowskich targów książki, szybkie zakupki i o 10: 05 siedzę już w Interregio relacji Gdynia Główna – Warszawa Wschodnia. W przedziale nawiązuję niesamowicie miłą rozmowę. W Toruniu dosiadają się jeszcze 2 miłe panie. Jedna z nich nawet realizuje się artystycznie robiąc ozdoby świąteczne z wstążeczek i styropianowych kul. Z tego, co pamiętam metoda, którą robi te ozdoby nazywa się karczoch.
- A pani często tak jeździ?
- No, zdarza się. Raczej tak.
- Ta pani jest niesamowita. – Odzywa się siedząca obok mnie współpodróżni czka. – Ja muszę to powiedzieć, ta pani jedzie do Warszawy tylko na sztukę teatralną.
- Naprawdę? A na jaką? – Pyta siedząca naprzeciwko osoba.
- Na „Opowieści afrykańskie wg Szekspira” Krzysztofa Warlikowskiego. Jeszcze nie wiem czy mnie wpuszczą, bo w sumie biletów już nie ma, ale jadę z nadzieją na jakąś dostawkę czy wejściówkę.
- A wydawałoby się, że teatr to raczej wizualny odbiór.
- Oh, nie, zdecydowanie nie. Ja kocham teatr. Mogłabym tam zamieszkać.: ))) Przecież jak się siedzi w pierwszym rzędzie to słychać każdy krok aktora, słychać to w jaki sposób on chodzi i czuć powiew powietrza gdy postać się przemieszcza. A na sztukę Krzysztofa jadę, bo gra tam moja ukochana aktorka.
- Jaka? – Pada pytanie z ust pań, które dosiadły się w Toruniu.
- Maja Ostaszewska. Ona jest absolutnie niezwykła i wspaniała.
- Tak, tak. Ja też ją lubię. Mówi pani siedząca obok mnie.
- Ale ona ma w sobie coś niesamowitego. Bo panie kiedy oglądają sztukę patrzą na mimikę aktora, na to jakie wykonuje on gesty… Prawda?
- Oj absolutnie tak. Wszystko wizualne jest ważne.
- No właśnie. A ja bazuję tylko na sposobie i stylu mówienia. I właśnie tylko Maja ma w sobie coś takiego, że jedynie za pomocą głosu i tego w jaki sposób mówi potrafi przekazać mi jakie postać grana przez nią ma na twarzy emocje. U żadnego aktora nie jestem w stanie tego usłyszeć. Nie wiem, Być może spowodowane jest to moją ubogą wrażliwością, ale kiedy słucham słów wypowiadanych przez Maję, czuję to, co czuje postać, którą ona jest. Bo Maja nie gra postaci. Ona nią się staje.
Umilkłam zawstydzona trochę moim długim i naszpikowanym emocjami monologiem.
- To jest niezwykłe. Nigdy nie zwróciłabym uwagi na to wszystko o czym pani mówi. Życzę powodzenia i mam nadzieję, że panią wpuszczą.
- Dziękuję bardzo. Ja też mam nadzieję. Proszę trzymać kciuki. Wiem, że będzie dobrze. Bo gdyby miało mi coś nie wyjść, gdyby miało się nie udać, to jakaś siła wyższa na pewno nie pozwoliłaby bym opuściła mieszkanie. A skoro dotarłam aż tutaj to na pewno wszystko potoczy się nawet lepiej niż ja jestem sobie w stanie wyobrazić.
- Będziemy trzymały kciuki.
- Super, dziękuję.
Wreszcie Warszawa Wschodnia. Szybkie powitanie z mamą Chopina, I nareszcie po siedmiu godzinach podróży domek. Herbatka, wegański ryż i długie rozmowy.
Niedziela rozpoczęła się od kawki i próby zlokalizowania ATM Studio, bo tam właśnie miała odbywać się sztuka. Przed 14:00 spotkanie z Jackiem, który zaoferował, że może mnie zawieść na Wał Miedzeszyński do ATM. Im bliżej spektaklu, tym więcej radości, niepewności, ale przede wszystkim mocnej, stalowej i czystej wiary w to, że będzie dobrze. W głowie szum, rozszalałe myśli i dudniące pytania:
- czy to nie dziecinne? Czy wypada? Czy nie wyśmieją?...
- Chwileczkę. Kochasz teatr, tak?
- Zdecydowanie.
- Chcesz zobaczyć się z Mają?
- Jak najbardziej. Muszę przecież jej coś dać. :)))
- To przestań zadawać sobie te wszystkie pytania. Skup się na tym, co masz do zrobienia. – Tak rozmawiając ze sobą dojechałam wreszcie na miejsce. Przed studiem ful samochodów, a w środku jeszcze więcej ludzi tłoczących się w kolejce. Podchodzę do stolika i z lekką nutą niepewności mówię w czym rzecz.
- Proszę stanąć w kolejce. Jak wydamy zamówione bilety zaczniemy wpuszczać wejściówki.
- A gdzie jest kolejka?
- Proszę poczekać. My pani pomożemy. – Usłyszałam głos za sobą.
- Oj, dziękuję bardzo.
- Może niech pani zostanie tu, przy stoliku.
Po kilku minutach, które dla mnie trwały całą wieczność podeszła pani z obsługi informując, że ma miejsce w pierwszym rzędzie, że podczas przerw na pewno ktoś mi pomoże.
- Jeju, bardzo, bardzo pani dziękuję! Mam tylko jeszcze jedno pytanie. Bo przyjechałam tu właściwie też po to by dać coś Mai Ostaszewskiej. Czy mogłabym podejść po spektaklu?
- Oczywiście. Zaprowadzimy panią.
- Cudownie!!! :-) A ile płacę za wejściówkę?
- Absolutnie nic.
- Boże, dziękuję bardzo! – Wykrzyknęłam nie potrafiąc pohamować gromadzących się we mnie emocji.
- Fajnie, że możemy pomóc.
Podczas spektaklu trwającego 5,5 godziny wliczając w to 3 przerwy 10 minutowe poznałam też wspaniałe małżeństwo. Sam spektakl, jak wszystkie sztuki Krzysztofa Warlikowskiego nie należał do najłatwiejszych. „Opowieści afrykańskie wg Szekspira”, to opowieść o tym jak ciężko żyć w środowisku, w którym każda inność to piętno. Sztuka pełna jest bezpośredniego i czasem niesamowicie wyrazistego przekazu. Przekaz jest na tyle mocny, że było kilka momentów, w których chciałam wstać, wziąć torebkę i wyjść.
22:30, koniec spektaklu i owacje na stojąco. Siedzę na krzesełku słuchając jak ludzie przelewają się w kierunku wyjścia. Po kilku minutach słyszę znajomy głos.
- Jeszcze chwilka i już idziemy do Majki.
- Dobrze.
I tu muszę się zatrzymać. – Bo czy są w słowniku słowa, w których można zamknąć ten nadmiar szczęścia, który wytworzył się we mnie kiedy Maja wychodząc nie tylko mnie poznała, ale i serdecznie przytuliła? – Całego spotkania nie opiszę, bo chcę by zostało ono tylko w moim sercu właśnie takie, magiczne, czyste i wolne od próby ubierania go w jakiekolwiek słowa. Z tych chwil będę czerpała siłę, kiedy zimny wiatr znów przywieje ciemne i pełne ciężkiego deszczu chmury.
Wszystkim, którzy przyczynili się do tego, że wszystko potoczyło się tak, jak się potoczyło z całego serca dziękuję. – To, co dajemy wraca do nas z siłą kilkakroć mocniejszą. Wiem, że i do Was Kochani wróci.
Często zastanawiam się, za co spotyka mnie tyle dobra, życzliwości i szczęścia? – To, że ludzie są z natury dobrzy jest wiadomą rzeczą, ale?... – A może w ogóle nie powinnam się nad tym zastanawiać? – W końcu nie sztuką jest dawać, bo to łatwe. Sztuką jest wziąć i umieć wyrazić wdzięczność. :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz