„Nie ogarniam Jezus Maria, nie ogarniam nie”… - To wręcz idealny początek. I tak naprawdę właściwie tutaj mogłabym zakończyć, bo wszystko, co miałam do powiedzenia, wyraziłam tym jednym zdaniem.
Jak się sypać i walić w gruz zaczyna, to nie tak, że subtelnie, delikatnie, po co? Bez zbędnych ceregieli, na hura, na jeden raz. Może to i lepiej, bo można załatwić wszystko za jednym zamachem, ale jeśli mogłabym wybierać, to wolałabym jednak dostawać w małych dawkach te negatywne rzeczy. Jak tu rozkoszować się smakiem porażki, skoro wszystko łączy się w jedną, ohydną i zupełnie niesmaczną papkę??? Porażka dobrze zaaplikowana może przynieść naprawdę sporo dobrego. Bo jak ktoś ma tak, jak mam ja, czyli im bardziej nie wychodzi, tym bardziej trzeba udowodnić sobie, że właśnie wyjdzie to całkiem fajnie można małą dozę porażki wykorzystać. Ale jeśli jedno niepowodzenie, tak by mu smutno nie było ciągnie za sobą brata, brat kolegę tamten jeszcze kilku przyjaciół to wesoło być przestaje. I nie zamierzam tu teraz pisać, że przecież będzie super, przecież się ułoży. Jedyne, co na razie mogę powiedzieć, to tyle, że jest niedobrze. Tak, wiem znam te wszystkie sposoby, że pozytywne myślenie… I jak najbardziej się z tym zgadzam. Ale kiedy niebo z całą kupą zimnego śniegu wali ci się na łeb, to nie da się przez czas cały z głupawym uśmieszkiem twierdzić, że przecież będzie ok. To znaczy trochę źle się wyraziłam. Osoby z prawidłowo rozwiniętą dojrzałością emocjonalną pewnie i potrafią sobie doskonale poradzić z tym gruzowiskiem, ja ponieważ emocjonalność mam chyba lekko zakrzywioną na razie nie.
Jeśli zaglądają tu ludzie, dla których w ostatnich dniach byłam w jakiś sposób niemiła, szczerze i z serca przepraszam. To nie jest mój czas i jeśli ktoś poznałby mnie teraz, mógłby faktycznie pomyśleć, że serdecznie współczuje komuś, kto ze mną musi przebywać. I naprawdę, to nie jest tak, że nie chcę przyjmować pomocy, że odrzucam wszystkie kierowane w moją stronę rady. Za każdy dobry gest, ciepłe słowo czy zwykły uśmiech wdzięczna jestem, nawet nie wiecie jak bardzo. Czasami po prostu jedynie lepiej samemu wylizywać rany. Nie mogę pozwolić na to i nie chcę by ktoś widział mnie w stanie, w którym sama siebie wolę nie widzieć, o, losie, dzięki wielkie, że lustro nie jest mi dostępne. Jeszcze gdyby tak umieć zamknąć oczy duszy…
Na koniec mała prośba. Ślimaki, żółwie tudzież inne skorupiaki uprasza się by nadmiar swoich szczelnych domków wysłały na Piastowską do Krakowa. Użytek dobry zrobię i z wdzięcznością przyjmę taki mikołajkowy prezent.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz