sobota, 9 lutego 2013

Nie dzień, a bajka! :))))

Zawsze, od kiedy pamiętam stawiałam na jakość, a nie na ilość. – I w czwartek był 1 z takich dni, który potwierdził mi moją dewizę. Ten czwartek przyniósł mi więcej, niż całe tygodnie, a nawet miesiące.


Rano śpiew. Zaczyna się świetnie, bo w prawdzie śnieg znowu zdecydował się zaatakować, ale i koleżanka zdecydowała, że pomoże mi dojść na busa. W busie bardzo miły pan bierze mnie za darmo, twierdzi, że tam, gdzie potrzebuję na pewno się zatrzymuje. No to skoro na pewno, to na pewno. Ale chyba moje „na pewno” i „na pewno” pana kierowcy się różniły, bo wysadzono mnie na pewno tyle, że nie tam, gdzie trzeba. :))) Telefon oczywiście też przestał współpracować, więc i kontakt z panią od śpiewu był utrudniony. Najlepszym wyjściem było złapanie stopa, o dziwo nie czekałam jakoś bardzo długo. Dowieziono mnie do przystanku i tym razem dotarłam tam, gdzie trzeba. Na śpiewie to jak zawsze, godzina szczęścia. I mniej ważne dla mnie jest to czy wychodzi, czy nie wychodzi, bo najważniejszy jest fakt, że jestem we właściwym miejscu, we właściwym czasie, z właściwą osobą i z dźwiękiem, który dla mnie jest najbardziej idealną formą porozumiewania się ze światem. Każdy dźwięk, to inny zapach, inna twardość materii każdy też inaczej smakuje. I ode mnie zależy co z nich utworzę. :)


Ze śpiewu odbiera mnie R. Następnie szybki wjazd do akademika po rzeczy i pędzimy do szkoły. W szkole wszyscy przejęci, ale tak naprawdę nie wiem kto bardziej czy ja czy dzieciaki. Nigdy chyba nie zrozumiem, jak kiedyś mogłam mówić, że nie lubię dzieci. Ale prawdą jest, że chyba chciałam bardziej żeby tak było niż było w istocie. Te małe istotki są jak świetliki, które rozjaśniają nawet najbardziej czarną noc. W szkole mam do przeprowadzenia lekcję na temat życia i funkcjonowania osób niewidomych. Przez moment w ogóle zapominam ile mam lat i najbardziej przystępnie jak to tylko jest możliwe opowiadam dzieciaczkom o tym jak pomagać, czego nie robić, pokazuję im sprzęty i czuję się jak ryba w wodzie. Lekcja mija zdecydowanie za szybko, bo ja najchętniej zostałabym z dziećmi jeszcze dłużej. Na koniec dostaję od dzieciaków dużego, mięciutkiego, milutkiego i uroczego misia w kremowym kolorze.:) Nadałam mu już imię. Miś, ponieważ ma kokardkę jest dziewczynką i nazywa się Bajka, bo cały ten dzień był dla mnie dniem z bajki. :) W samochodzie dostaję od K. kiciusia, za którego bardzo, bardzo Ci Słoneczko dziękuję. :)Imię kotek odziedzicza właśnie po niej i nie tylko dlatego, że oczy dziewczynki i kiciusia mają podobny kolor. Moja kicia też cudownie miauczy, a ponieważ ma idealne gabaryty do podróżowania postanowiłam, że nie będę się z nią rozstawała. :)



Wielkie podziękowania dla szkoły przy Tynieckiej, która wypożyczyła mi wszystkie gadżety dla niewidomych.
Maćku, dziękuję za użyczenie oka i ręki by opatrzyć czarnodrukiem moje brajlowskie alfabety. :)
Basi dziękuję za pomoc w dotarciu na busa.
Tobie R. dziękuję za wszystko i za więcej… Bez Ciebie ta bajka chyba by nie powstała.
Dzieciaczkom z czwartej klasy i pani Beacie też dziękuję za tak ciepłe i fantastyczne przyjęcie. Mam nadzieję, że to nie było nasze ostatnie spotkanie.


Jeśli siła wyższa, Bóg, los czy jakkolwiek to chcemy nazywać ma uszy i słyszy, to ja bardzo proszę by takich bajek w moim życiu zdarzało się więcej. :)

1 komentarz:

Unknown pisze...

Jestem zaszczycony przyjmując te wspaniałe podziękowania i wielce szczęśliwy mogąc swoim nadzwyczaj skromnym wkładem być niejako uczestnikiem tak wspaniałego projektu :)))