czwartek, 8 sierpnia 2013

Szrenica - dzwoniąca góra z uczciwym szlakiem :)

Moje świdnickie mieszkanie, przez ostatni czas przejęło funkcję bazy noclegowej. Bo z niego właśnie, dokładnie tak jak ostatnio, rozpoczęła się nasza Szrenicka przygoda.


Tym razem całe 10 złotych zaoszczędzone, bo szczęśliwie udaje nam się zdążyć na pierwszy autobus jadący w stronę dworca. Do Jeleniej Góry docieramy przed 9:00, niestety na autobus do Szklarskiej Poręby trzeba poczekać godzinę. Szukamy więc sklepu i zaopatrzone w napoje izotoniczne oraz energy drinki wracamy na przystanek. Przed 11:00 docieramy wreszcie na miejsce. Chusteczki na głowę, kremy z filtrem wtarte już wcześniej, plecaki na plecach, laska w ręku, ale… No tak. Kijków i innych dźwiękowych rzeczy brak. Nie mamy też sznurka, a Eli buty zdecydowanie zbyt ciche. Na szczęście z pomocą przychodzi nam uroczy straganik, przy którym zaopatrujemy się w dzwoneczek. I tak pobrzękując zmierzamy ku górze. Asfaltowa droga szybko przechodzi w kamienistą i nawet przyjemną. Dzwoneczek dzwoni, laska cichutko szura, a napotykane z rzadka strumyki snują szeptem swą górską opowieść. Niestety na samotne chwile refleksji trochę będę musiała poczekać.
- Mamo! Ta pani ma dzwoneczek! – Oznajmia z dziecięcą radością szkrab dziarsko schodzący w dół. :)
W końcu po chwili zaczepiamy rowerzystę. Szlak słabo oznaczony.
- Hmmm, na Szrenicę? – To dobrze idziecie. Ten szlak tutaj tak lekko trawersuje i później wiiiiiiiiiiiiiiuuu w górę. Ale czekajcie, może tam? Nie. Ten tu wygląda mi na uczciwy szlak.
Zmierzamy więc uczciwym szlakiem, który Po zakupieniu biletów wstępu nagle dość stromo rusza w górę. Dzwoneczek przywieszony do Eli ręki dzwoni bez przerwy, a ja, nie wiedzieć czemu męczę się znacznie bardziej niż przy wchodzeniu na Śnieżkę. Podczas przerwy kanapkowej dostaję sms-a od Basi. Później króciutka rozmowa i w ten sposób dowiaduję się o projekcie „Razem na szczyty”. – Bardzo się cieszę, że powstał. Być może kiedyś nasze szlaki się połączą. Ale nie dziś. – Dla mnie chwile, kiedy jestem ja, laska, góra, strumyk i przesuwające się z głuchym łoskotem kamienie są bezcenne! Duże grupy ludzi, tak, owszem, ale nie w górach.

Wreszcie docieramy do Hali Szrenickiej, na której dumne i pełne ożywczego chłodu wznosi się schronisko. Siedzimy tam chwilkę wsłuchując się w roześmiane piski dzieci. Tuż przed zjedzeniem kanapki, przez moment mam ochotę zaproponować rodzicom tych dzieci, by przemieścili się wraz z pociechami na dwór, gdzie przecież można do woli piszczeć i biegać, ale rozdrażnienie szybko ustępuje miejsca radości. Ten beztroski śmiech i wesołe piski sprawiają, że i mi uśmiech wypełza na twarz. :)))

Posilone i ochłodzone ruszamy wreszcie dalej. Droga łagodna, po krótkiej chwili więc docieramy do Końskich Łbów. Tu zbaczamy ze szlaku oglądać z bliska i dotykać skał. Ale najpierw trzeba przedrzeć się przez konkretną dżunglę kosodrzewiny, która oszałamiająco pachnie i bezlitośnie drapie po twarzy, ramionach i w każde odsłonięte miejsce. Tu robię Eli zdjęcie, tym razem bez powtórki, bo trening czyni mistrza i teraz już udaje mi się utrzymać telefon w odpowiedniej pozycji. Później, korzystając z obecności miłego pana jeszcze wspólna fotka i pędzimy na szczyt, który osiągamy o 15:01. :)

Siadam na murku, ale próżno szukać tu miejsca na refleksję. Milion ludzi, hałas i gwar, więc i ja poddaję się temu klimatowi. Zdjęcie i po 10 minutach mkniemy już w dół, w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo tym razem schodzimy bardziej stromą, ale szybszą drogą.
- Nie schodź mi ze ścieżki! Bardziej na lewo! – Rozbrzmiewa głos dzwoniącej Eli. – Bo istotnie, koncentrację zostawiłam na Szrenicy. Schodząc w dół nagle poczułam przypływ jakiegoś dziwnego, lekkiego, beztroskiego i pełnego wolności szczęścia. Zbiegając po kamieniach w ogóle nie czuję zmęczenia, a zimna woda, w której chłodzimy wszystkie dostępne nam napoje doskonale odświeża również ciało.
- Rób co chcesz Emila, ale ja muszę usiąść przy tym wodospadzie!
No, skoro musisz, to nie ma wyjścia. :) Zdejmujemy umęczone skarpetki :) i rozgrzane buty, pozwalając stopom na chwilę wytchnienia w lodowatej wodzie. U mnie trwa to parę sekund, Ela natomiast brodzi dostojnie w zimnym zbiorniku znacznie dłużej. Tu też, podczas schodzenia do wody po śliskich i porośniętych mchem kamieniach zaliczam elegancki siad czterema literami w rowku. :) Muszę przyznać, że wymiary miał akuratne, ze wstawaniem więc się nie spieszę. – Niestety, tym razem, tak samo jak poprzednio ogranicza nas czas. Z żalem opuszczamy dobroczynny wodospad i przed18:00 jesteśmy na dole.


Elciu! :))) Było przecudnie! Dziękuję Ci za cały ten dzień i cieszę się bardzo, że razem weszłyśmy na mój drugi szczyt. :) A dzwoneczek dla owieczek, :))) od teraz zawsze będzie przypominał mi tą naszą wspólną wędrówkę! :))) I Tobie, tylko zwycięskich szczytów, nie tylko tych górskich… :)))


Teraz czas poszukać kolejnej partnerki lub partnera. Tym razem Tatry! – Opalony Wierch, Wierch pod Fajki i Zadni Granat brzmią świetnie, ale na początek, hmmm… Diabliniec! – Brzmi kusząco. :) – W takim razie, gdyby ktoś z czytelników diabelnie zapragnął wejść na Diabliniec, z przyjemnością się przyłączę. :)

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Emilo,
Diabliniec jest zupełnie nieciekawą górą w bardzo ciekawych Tatrach, jest kompletnie zalesiony i nie prowadzi na niego żaden szlak...odradzam

Anonimowy pisze...

na początek proponuję Kopieniec

Emilia Stalmach pisze...

Właśnie wczoraj caały wieczór usiłowałam znaleźć jakieś info na temat wejścia na ten Diabliniec i kiepsko. - Dzięki wielkie. :) Pozdrawiam ciepło. :-)