poniedziałek, 9 kwietnia 2012

Pieprz Klienta Swego

Sobota. 03:19. Powoli i z niechęcią opuszczam bezpieczną i ciepłą krainę Morfeusza. Szybka kawa i w towarzystwie Grzegorza wymarsz na dworzec. W pociągu krótkie pożegnanie i już zmierzam do Warszawy. Na dworcu Centralnym jestem przed 11:00. Jacek ze swoją limuzyną już czeka. Po kilku chwilach jestem w miejscu, w którym ma się odbyć moja rozmowa o pracę. Pani jest naprawdę bardzo miła. Najpierw trochę rozmawiamy, później sprawdzian praktyczny, czyli mycie podłóg, szorowanie kuchenki i mycie naczyń.
- Emilko, musimy umówić się jeszcze na inny dzień. Czy ty teraz będziesz w Warszawie? Masz się u kogo zatrzymać?
- Wie pani, nie bardzo, bo wszyscy moi znajomi wyjechali na święta.
- To umówmy się może na poniedziałek. Ja sprawdzę jeszcze 2 rzeczy i wtedy podejmę decyzję.
- Dobrze. Tylko na 12:00 na pewno nie dam rady przybyć, bo ode mnie ze Świdnicy w dzień świąteczny troszkę inaczej jeżdżą autobusy.
- To ustalimy jakąś inną godzinę.
Kiedy skończyłam robić wszystko, co zostało mi powierzone zadzwoniłam po Jacka. Po kilku chwilach żegnamy się i opuszczamy Białołękę.
- To gdzie jedziemy? I w ogóle jak poszło? – Pyta Jacek odpalając auto.
- Nie wiem, nie ma jeszcze żadnej decyzji. Pani powiedziała, że jeszcze musi mnie sprawdzić i dopiero wtedy coś powie. Poczekaj, zadzwonię do koleżanki, bo do autobusu mam jeszcze kilka godzin, może się zgodzi bym przyjechała.
Beatka na szczęście nie miała nic przeciwko mojej wizycie.
- Ach, jak wspaniale jest znaleźć się w cieplutkim, czystym i pełnym teatralnej magii mieszkanku. – Pomyślałam siadając z Beatką w salonie i zajadając pyszne warzywka. Później kawka i przecudne rozmowy o teatrze K. o Berlinie i o moim dzisiejszym spotkaniu. Po 19:00 razem z Beatką jedziemy na Pl. Defilad, z którego ma odjeżdżać autobus jadący przez Świdnicę. Przed wyjściem z domu na wszelki wypadek sprawdzamy w Internecie rozkład, z którego wynika, że autobus jak najbardziej jedzie. Wyjazd spod PKiN o godz. 20:00 O 19:30 jesteśmy na miejscu. Wraz z grupką ludzi czekamy aż kierowca otworzy stojący i gotów do przyjęcia pasażerów autobus. Padająca mżawka i wiatr przenikający do szpiku kości nie ułatwiają czekania na pustym placu.
- Beatko, proszę cię jedź już do domu. Ja sobie dam radę.
- Oj przestań. Poczekam aż wsiądziesz.
Niestety 5 minut po 20 autobus nadal ciemny, cichy, zamknięty i pusty. Na nic zdaje się pukanie i wołanie. W końcu dzwonimy do PKS-u, ale tam wiedzą jeszcze mniej niż my i prędko podają nam nr do dyżurnego ruchu. Tym razem dzwonię ja. Dyżurny cierpliwie wysłuchuje moich żali, po czym zapewnia, że za kilka chwil oddzwoni. Mijają kolejne minuty a telefon milczy. W końcu dyżurny oddzwania i z bezczelną beztroską w głosie pyta mnie czy pojawił się już ten ze Świdnicy? Po moich zapewnieniach, że w tej chwili wzywamy na koszt PKS-u taryfy jak gdyby nigdy nic wrzeszczy mi do słuchawki, że rachunek na PKS Świdnica.
- I co? I co? – Pytają stojący obok mnie ludzie. – Opowiadam ze szczegółami wszystko, co wydarzyło się podczas tej krótkiej rozmowy.
- Mój Boże, jak można tak traktować ludzi! O 11:00 przyleciałam z Australii, pytałam w informacji, dzwoniłam kilka razy i mówili, że autobus jedzie. – Mówi starsza pani.
- Ja z synem też przyleciałem dziś z Grecji. – Odzywa się pan stojący z chłopczykiem obok.
- A my dzisiaj wróciliśmy z Turcji. Też pytaliśmy w informacji i autobus ma jechać. – Mówi pani stojąca z mężem.
- Ja z koleżanką jeszcze wieczorem sprawdzałyśmy rozkład w Internecie i tam też jest napisane, że dziś jedzie. – Mówię wciskając głębiej lodowate ręce.
W końcu wszyscy razem ustalamy, że czas najwyższy by zadzwonić na policję. Pani, która wróciła z Turcji przejmuje dowodzenie. Policja na początku w ogóle nie chce słyszeć o żadnej interwencji. Przecież to nie ich sprawa. To sprawa PKS-u. Dopiero gdy zostaje poruszona kwestia zagrożenia życia pani decyduje się na zrobienie notatki i wysłanie patrolu, który przybywa w miarę szybko. Panowie są bardzo mili. Najpierw oglądają autobus ze wszystkich stron, później wchodzą na dach by sprawdzić czy kierowcy na pewno w nim nie ma, a następnie kontaktują się ze Świdnicą by wysłali patrol do PKS-u. Dla mnie ta chwila wydaje się być wiecznością. Wstyd mi, że naraziłam Beatkę na stanie na zimnym placu.
- Po 22:00 mamy pociąg do Wrocławia. – Mówi pan z Grecji.
- Niestety mi pociąg nic nie daje, bo w pierwszy dzień świąt do Świdnicy nie mam jak się dostać.
- Ale chyba musi być jakiś autobus albo pociąg.
- Nie. Nie ma nic. Autobusu nie ma, a pociągi do nas nie jeżdżą. Ten PKS to mój jedyny transport.
Po jakimś czasie policjanci informują nas, że w PKS-ie twierdzą, iż autobus podobno ma awarię i nie pojedzie.
- A co z tymi ludźmi? Może podstawcie jakąś nyskę żeby mogli pojechać. – Mówi jeden z funkcjonariuszy.
- A ludzie niech robią co chcą. – Rozlega się po drugiej stronie.

- No to pięknie. Co ja teraz mam zrobić? Przecież babunia nie może być sama. Na pewno czeka na mnie. Jest pewna, że po 3:20 będę w domu. Poza tym Beatka zamiast być teraz z dziećmi w cieplutkim domu, stoi ze mną na mrozie. – Pomyślałam słysząc, że pani, która wróciła z wczasów zbiera od wszystkich dane by założyć sprawę. I nagle poczułam się bezradna jak niemowlę. Łzy maleńkimi kropelkami zaczęły wypływać na zewnątrz. Czułam się ohydnie, a na dodatek przez wszechobecne zimno przestałam czuć palce u prawej ręki.
Beatka oczywiście była gotowa by wziąć mnie do siebie. Ale ja zupełnie nie wiedziałam jak mam się zachować. – Zostając tu narażam się na wychłodzenie. A idąc do Beatki narażam ją i jej rodzinkę na to by w święta mieli na głowie jeszcze jedną osobę.
Na szczęście problem rozwiązał się sam, bo pani, która założy sprawę od razu stwierdziła, że pojadę z nimi pociągiem, a później ona odwiezie mnie do Świdnicy. Żegnam się z Beatką i wsiadam do taksówki, którą wszyscy zmierzamy na dworzec. Tam okazuje się, że pan z chłopczykiem będzie dzwonił po siostrę, która przyjedzie po niego do Wałbrzycha.
- My jedziemy do Dzierżoniowa, będziemy jechali przez Świdnicę to cię zabierzemy.
- Bardzo panu dziękuję.


Jak widać na powyższym przykładzie chamstwo i prostactwo przenikło już nawet do państwowych przedsiębiorstw. –Kto dziś chciałby przejmować się jakąś garstką nic nieznaczących ludzi? A niech sobie tam stoją na przystankach. Niech marzną. Nam tu ciepło i przyjemnie. – Awaria, dobre sobie. Autobus do Warszawy przyjeżdża o godz. 05:30 rano. Do godziny 20:00 nawet ja zdążyłabym nakleić karteczkę informującą, że autobus jest niesprawny. – Nie wspomnę już o tym, że przez 14 i pół godziny sto razy zdążyłabym poinformować o odwołaniu dzisiejszego kursu. – Najwyraźniej skrót PKS od dziś oznacza: „Pieprz Klienta Swego”. – Siebie zaś traktuj jak króla możnego. – Bo co może kilkoro ludzików?


Ze swojej strony jak tylko mogę, będę wspierała panią, która zakłada sprawę. - Wszechobecnego chamstwa nie zwalczę, ale może uda się choć trochę je zniwelować.


Beatko Droga, wszystko, co dla mnie zrobiłaś jest bezcenne. Ja jedyne, co mogę zrobić, to powiedzieć Ci z głębi duszy i serca „DZIĘKUJĘ”. – Wierzę, że wszystko, co dajemy wraca do nas wielokrotnie silniej. Niech i do Ciebie wróci. :)

Wszystkim, których spotkałam podczas tej pełnej przygód podróży też bardzo dziękuję.
A Tobie, Adamie i synkowi dziękuję za podwiezienie do domku i za wspaniałą lekcję języka greckiego. :)))

Dzięki takim ludziom, jakich spotykam, tacy ludzie jak ja mogą w miarę normalnie żyć w tym nienormalnym kraju.

Brak komentarzy: