środa, 23 lutego 2011

"Mount Everest"

Kąsający bezlitośnie mróz i powietrze pachnące zimą sprawiły, że nagle zapragnęłam cofnąć się do przesyconych słońcem i świergotem ptaków dni.




Wraz z początkiem lipca opuściłam akademik i zamieszkałam u koleżanki. Na pozór wszystko wyglądało świetnie. Ona mieszkała kilkaset metrów od akademika, więc teoretycznie dla mnie powinno być to ułatwieniem, bo miejsca prawie nie zmieniam i teren jako tako znam. – Tym czasem już kilka dni później miałam przekonać się, że wcale nie trzeba być rozbitkiem by nagle poczuć się jak Robinson Crusoe.



Poniedziałek. Parne przedpołudnie. Opuszczając bramę delikatnie gładzę laską kamienie. Mijając kolejne klombiki rosnące przy każdym wejściu do klatki ostrożnie i powoli szukam bramki nasłuchując jednocześnie czy przypadkiem nie ma gdzieś w pobliżu ludzi, których mogłabym spytać o drogę. Niestety w zasięgu słuchu znajdowały się jedynie ryczące wściekle samochody i autobusy, które sapiąc zdawały się uciekać przed prażącym niemiłosiernie słońcem. Po kilku sekundach wreszcie laska uderzyła o żelazną powierzchnię. Ten metaliczny dźwięk stał się dla mnie tym, czym światełko latarni morskiej dla żeglarza, który z nadzieją wypatruje portu.
- Oh, jak dobrze. Jedna część pokonana. Furtka znaleziona. Teraz jeszcze pędzimy poszukać przycisku na ścianie by opuścić teren posesji. Z tego, co pamiętam, to po znalezieniu bramki trzeba cofnąć się parę kroków. Lewą dłonią dotykam chropowatej powierzchni muru. O, jest i upragniony prostokątny przycisk. Kliknięcie zamka pozwoliło by znaleźć metalową klamkę i z uśmiechem na ustach opuścić teren podwórka.
- Tak, ale co dalej? - Powoli i niepewnie zrobiłam kilka kroków w przód. Krawężnik, który nagle się skończył zasugerował, że by dojść na przystanek tramwajowy trzeba wybrać inną drogę. –- Co teraz powinnam zrobić? Hmmm, myślę, że trzeba się cofnąć. – Wracając do miejsca, z którego wyruszyłam z przerażeniem stwierdziłam, że najzwyczajniej w świecie nie wiem jak mam dotrzeć do tramwajów.
Przez chwilę zapragnęłam wrócić do bezpiecznej i kojąco chłodnej bramy, ale ponieważ za kilkadziesiąt minut miałam znaleźć się u lekarza wiedziałam, że taka opcja w ogóle nie wchodzi w grę.
- To co robić? Iść? Ale gdzie? W którą stronę? A może poczekać na jakiegoś człowieka? A jeśli nie przyjdzie? To może po prostu zamówię sobie taksówkę? – Niestety po dogłębnym przeanalizowaniu stanu mojego portfela z rozpaczą stwierdziłam, że i to rozwiązanie nie jest możliwe.
- Spokojnie, nie możesz ulegać panice. – Powtarzałam sobie próbując uciszyć rozwrzeszczane myśli. Z całej siły wbiłam słuch w gęste jak gorąca czekolada powietrze. – Z lewej strony słyszę znajomy zgrzyt. – Tak! Tam są tramwaje! – Czym prędzej skierowałam się w stronę, z której dochodził dźwięk. - Wspaniale, za chwilkę pewnie spotkam ludzi. Przecież… - Ale co to? – Zatrzymałam się zupełnie zbita z tropu, bo oto droga niosąca wybawienie okazała się być ślepą uliczką.
- No to pięknie. – Pomyślałam próbując z całej siły rozerwać kurtynę wstydu, która z każdą chwilą co raz szczelniej otulała mnie swym palącym płótnem. – Jestem niby blisko domu, ale jak wrócić do budynku? Na przystanek też nie umiem dojść. Samochody szumiały jak wzburzony ocean. Stojąc na chodniku nagle poczułam się jak Robinson Crusoe po wylądowaniu na bezludnej wyspie. – Ja miałam mniej szczęścia, bo miast kokosowych i smukłych palm na swojej drodze napotkałam niewzruszony i twardy mór. – Do diabła! Czy nikt na tej ulicy nigdy nie chodzi na przystanek?! Czemu stoję tu jak wariatka?! - Ściskając laskę ze wszystkich sił próbowałam odzyskać panowanie nad sobą. Wszystkie myśli skupiłam na tym by nie przegapić najmniejszego nawet szelestu. Każdy dźwięk mógł być przecież zapowiedzią zbliżającego się człowieka, który w tym momencie stanowił ostatnią deskę ratunku.
- Dziecko, gdzie ty idziesz? Gdzie jest twój opiekun? – Usłyszałam wzburzony głos starszej pani, która nagle pojawiła się obok mnie. – Wstyd, złość, smutek przestały się liczyć.
- Ha, opiekun, dobre sobie. – Pomyślałam odzyskując siły.
- Nie mam żadnego opiekuna, mieszkam tu od kilku dni i potrzebuję dojść na przystanek. Może mi pani pomóc? – Zapytałam najgrzeczniej jak umiałam.
- Boże, jak to nie masz opiekuna? Oh, jej, to bardzo niedobrze. No, chodź tutaj, źle idziesz, na przystanek to nie w tę stronę! – Fakt, że spieszyłam się do lekarza i radość spowodowana tym, że oto pojawił się ktoś, kto może wskazać mi drogę sprawiły, że nie miałam najmniejszej ochoty wdawać się w dyskusję o wyimaginowanych opiekunach.
- Moim opiekunem jest siła wyższa, która teraz zesłała mi ciebie. – Pomyślałam zmierzając we wskazywanym kierunku.
- Dziecko, ja nie mogę z tobą pójść, mam ciężkie torby, ale teraz, pójdziesz już prosto. Później ktoś na pewno Ci pomoże.
Podziękowałam najserdeczniej jak umiałam i z lekkością motyla pofrunęłam dalej. Poczciwa starsza pani postanowiła zatroszczyć się o mnie zdalnie i spotykając jakieś 2 młode dziewczyny wysłała je za mną by pomogły znaleźć upragniony cel. – Nie będę pisała co poczułam kiedy wreszcie znalazłam się na przystanku. Nieważne było to, że musiałam jeszcze wrócić do domu, nie myślałam nawet o tym jak znajdę miejsce, w którym mam lekarza. – W tamtej chwili cieszyłam się dźwiękiem przejeżdżających samochodów, stukotem kobiecych obcasów i bliskością słupka, który sugerował, że oto po tylu trudnych momentach stoję w miejscu, z którego ruszę w dalszą drogę.
- Każdy ma swój Mount Everest. – Pomyślałam wciskając się do zatłoczonego tramwaju.

Brak komentarzy: