W pewien listopadowy wieczór, który swą aurą przypominał bardziej nieprzyjaźnie nastawioną zimę niż polską złotą jesień wracałam do domu. Listopad był u mnie miesiącem wielu zmian, bo kolejny już raz zmieniłam miejsce zamieszkania i tym razem moim portem stało się Bródno. Szczęśliwie się złożyło, że trafiłam na mieszkanie, do którego droga z przystanku nie była skomplikowana.
Wysiadłam z autobusu. W powietrzu unosił się zapach nocy, a siąpiący, zimny i lepki deszcz zdawał się szeptać słowa wzywające do natychmiastowego schowania się w domu.
- Oh, byle szybko przejść ten kawałek. - Pomyślałam zaciskając dłoń na rękojeści laski.
- Pomóc pani? Gdzie chcesz dojść? - Usłyszałam głos wychodzącego z autobusu kierowcy.
- Mieszkam tu niedaleko. - Odpowiedziałam czując na przedramieniu rękę mężczyzny. W prawdzie drogę z przystanku do domu miałam już w miarę opanowaną, ale poczułam się jakoś bezpiecznie kiedy kierowca zaoferował pomoc. Za kilka minut jednak miałam się przekonać jak błędną podjęłam decyzję.
- To gdzie pani mieszka?
Tu padła wypowiedziana przeze mnie nazwa ulicy. Przeszliśmy kilka metrów. Kierowca wciąż trzymał mnie za przedramię uniemożliwiając mi swobodne poruszanie laską. Nieprzyjemny wiatr napierający z całych swych sił, padający wciąż deszcz i ciemność sprawiły, że nie miałam już siły powiedzieć kierowcy, że trzyma mnie nieprawidłowo i że bezpieczniej byłoby gdybym to ja złapała go za łokieć.
- No, to jesteśmy przy jakimś sklepie.
- Przy sklepie? - Zapytałam usiłując przypomnieć sobie w jakim miejscu się znajduję.
- A jest tu taki malutki płotek z trawniczkiem? - Zapytałam niepewnie. Zawsze pokonując drogę z przystanku dotykam go laską.
- Co? Jaki płotek? Ja tu widzę tylko sklep spożywczy.
Po kilku minutowej rozmowie wiedziałam już, że i ja i kierowca się zgubiliśmy. Ja nie miałam pojęcia o sklepie, a on nie wiedział o jakim mówię płotku. Kilka chwil później kierowca widząc jakąś kobietę przekazał mnie w jej ręce prosząc tonem nakazu by pomogła mi dojść do domu.
- Chodź. Co tu robisz o tej porze? Sama jesteś? Zgubiłaś się?...
- Tak. Chyba trochę się zgubiłam. - Wybąkałam próbując jednocześnie uwolnić ramię z żelaznego uścisku kobiety.
- Przepraszam, a czy to ja mogłabym złapać panią pod rękę? - Zapytałam nieśmiało.
- Proszę.
Po kilku minutach mocno zabarwionych niezbyt przyjemną rozmową udało się wreszcie dotrzeć pod bramę bloku.
Kierowca chciał pomóc, ale kiedy zapytałam o trawniczek to przez to, że na co dzień posługuje się wzrokiem nie skojarzył nawet, że chodzi mi o coś, co znajduje się tuż obok jego stóp. A dla mnie z kolei sklep spożywczy nic nie mówił, bo po pierwsze nie wiedziałam nawet, że on tam jest, a po drugie był poza zasięgiem mojego "wzroku" czyli laski. :)
Od tamtego wieczoru postanowiłam, że muszę nauczyć się uprzejmie dziękować kiedy jestem w stanie poradzić sobie sama. Wtedy też, jakby na potwierdzenie tych przemyśleń usłyszałam zdanie, które dotarło do mnie kilka godzin wcześniej z czytanej przez koleżankę książki: "Sisi sote abiria dereva ni Mungu". - [W tym świecie jesteśmy tylko pasażerami, bo kierowcą jest Bóg]
Wspaniale jest czuć, że dzięki "kierowcy" moja "biała koleżanka" zawsze znajdzie odpowiedni "płotek z trawniczkiem". :)))
[Tytułowe zdanie dzisiejszego wpisu to jedno z przysłów w języku suahili i pochodzi z książki Beaty Pawlikowskiej "Blondynka w Tanzanii".]
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz