sobota, 26 lutego 2011

Pod opieką

Połowa grudnia. Warszawa w żelaznym uścisku zimy.
- Ok., może to, co dzieje się za oknem nie jest tropikalnym latem, śnieg jedynie kolorem przypomina plaże Zanzibaru, ale to nie powód by zamykać się w pokoju. – Pomyślałam chowając do torebki telefon. Jeszcze błyszczyk, woda i można ruszać.



Wyszłam z domu przed 17:00. Cieszyłam się, bo kilka minut wcześniej znajoma dokładnie wyjaśniła mi, jak od siebie mam dotrzeć na miejsce spotkania.



Pierwszy etap to przystanek autobusu 500. Opuszczając ciepłą ostoję klatki
schodowej stwierdziłam, że znowu dosypało świeżego śniegu, a co gorsze, że
cały czas pada.
– Hm, co tu robić? Przecież znalezienie odpowiedniej alejki
czy przejścia kiedy wszystko leży szczelnie przykryte białą pierzynką
graniczy z cudem. – Po kilku sekundach usłyszałam nadchodzącego człowieka,
którego czym prędzej poprosiłam o pomoc w dotarciu na pętlę. Autobus już
stał. Wcisnęłam się pod okno ciesząc się ciepłym jego wnętrzem. Kolejny
punkt to Rondo Starzyńskiego. Wysiadam i łapię chłopaka, który chętnie
pomaga mi dotrzeć na przystanek tramwajowy, sprawdza rozkład i stwierdza, że za 7 minut będę miała 18. Policzył mi jeszcze przystanki i mój, czyli
Morskie Oko jest 18-ty. Podziękowałam i zaczęłam przemieszczać się tam, gdzie powinien być przód tramwaju.
Niestety, na moje nieszczęście miast na początku przystanku zatrzymałam się na pewnym osobniku, który był na podwójnym gazie. Przez moment miałam
nadzieję, że szczere i głośne „przepraszam” załatwi sprawę, ale kiedy gość
zaczął opowiadać mi całą historię swojego życia wiedziałam już, że nie
będzie łatwo się odczepić.
- Mój teściu też był niewidomy. Wiesz, na moje oko to ty masz tak 22 23
lata, prawda?
- Nie. – Odparłam obojętnym głosem.
- No, ja jestem po 50-tce. Ale jestem łobuz, podrywam taką ładną dziewczynę.
Lubię takich ludzi. Ręce mi zmarzły i dlatego nie mogę mówić. Na jaki
czekasz tramwaj?
- Na 18.
- No, ja też, to pojedziemy jednym tramwajem.
- Ha, to nieźle musiałam nabroić w poprzednim wcieleniu. – Pomyślałam robiąc krok w tył, bo woń alkoholu sprawiła, że żołądek przypomniał o swoim istnieniu.
- Ja jestem Sławek, pamiętaj o tym. Nie bój się, nie jestem jakimś bandytą.
O, jedzie, coś tu jedzie! 18. Pomogę ci.
- Nie, dziękuję, ja już sobie poradzę. – Odparłam przybierając najbardziej
stanowczy ton głosu. Wsiadłam i czym prędzej wmieszałam się w ciasno
stłoczoną pod drzwiami grupę ludzi. Prosząc o pomoc w znalezieniu uchwytu
zapytałam na wszelki wypadek czy to na pewno 18 i po uzyskaniu twierdzącej
odpowiedzi zaczęłam myśleć o dzisiejszym spotkaniu. – Gdzieś blisko rozmawiająca po hiszpańsku młodzież sprawiła, iż zamykając oczy wyobraziłam sobie, że jestem w którymś z tych krajów gdzie na śniadanie spożywa się słodkie i pełne słońca owoce, a ludzie każdym swoim gestem wyrażają radość za to, że żyją, że świeci słońce… - Niestety mróz, który z wyszczerzonymi w kąśliwym uśmiechu zębami wpadł przez otwarte drzwi przypomniał mi, że jestem w grudniowej Polsce, a ulice, które przemierzam z całą pewnością nie są ulicami Bogoty. - Myślałam
właśnie by zapytać kogoś jaki to był przystanek, gdy nagle z lewej strony poczułam
szturchanie i… No tak. Znajoma woń.
- To tylko ja. Nie bój się. Wiesz ja zaraz będę wysiadał.
- Na całe szczęście, bo w przeciwnym razie chyba ja bym wysiadła. - Pomyślałam przesuwając się w prawo.
- Tu masz wodę. I to mówiąc dotknął butelki, którą trzymałam pod pachą. –
Nie masz torebki żeby ją schować?
- Mam.
- Gdzie? Acha, o tu masz, ale tu to Ci się nie zmieści. O, masz siedzenie,
usiądź.
Usiadłam i ze wszystkich sił zapragnęłam by ktoś stanął obok mnie stwarzając jednocześnie „płot” oddzielający mnie od natręta. Po chwili na ramieniu poczułam czyjąś dłoń.
- Wysiadam. Pa, pa.
- Dowidzenia. – Powiedziałam wyrywając ramię. Tramwaj ruszył, a ja ciesząc
się na nowo odzyskaną przestrzenią zaczęłam nasłuchiwać.. Słysząc dwie
rozmawiające dziewczyny zapytałam jaki będzie następny przystanek?
- Plac Grunwaldzki.
- A do Morskiego oka daleko jeszcze? - Jechałam już dość długo więc powinnam być już blisko.
- Gdzie? Do Morskiego Oka? To przecież pani nie w tą stronę jedzie.


Po tych słowach stan moich myśli zaczął przypominać atmosferę przedszkola, w którym przedszkolanka zdecydowanie nie radzi sobie z przybyłą na zajęcia grupą.
- Wieczór, zima, a ja wyposażona jedynie w laskę jestem niewiadomo gdzie. – Spokojnie. Jedyne wyjście, które ci pozostaje to po prostu jakoś poradzić sobie z tym, co się stało. – Mówiłam próbując uciszyć to, co działo się w mojej głowie. Po kilku sekundach korzystając z okazji, że dziewczyny wciąż za mną siedziały powiedziałam:
- Oh, jejku, a panie gdzie będą wysiadały?
- Teraz. Właściwie powinnyśmy już wysiąść, ale się zagadałyśmy.
- To czy mogę wysiąść z paniami i poprosić o pomoc? Zupełnie nie wiem gdzie jestem, zgubiłam się. – Powiedziałam całkowicie spokojnie.
- Oczywiście.
Okazało się, że znowu muszę wrócić do Ronda Starzyńskiego i z niego ponownie próbować wsiąść w 18, bo ta, z której wysiadłam jechała do zajezdni.
Podziękowałam dziewczynom za pomoc i nie zważając na mróz cieszyłam się tym, że może już teraz uda mi się dojechać. Ale niestety tramwaju jak nie było, tak nie ma. Po kilkunastu minutach ręka mimo tego, iż była w rękawiczce zaczęła
niemalże przymarzać do laski. Wreszcie przyjechał upragniony tramwaj.
Przemarznięta i lekko zdezorientowana usiadłam marząc o kieszonkowym grzejniku. Nie wiedziałam jeszcze co zrobię dalej. Na umówione spotkanie na 100 procent już nie zdążę. Nie wiem też jak
wrócić do domu, a po spotkaniu, które właśnie się zaczyna byłam umówiona z koleżanką na
Politechnice. Odwołać koleżankę? - Nie, muszę koniecznie załatwić sprawę w Copy General. Jeżeli odwołam spotkanie, to po pierwsze z Copy General nic nie wyjdzie, a po drugie i tak będę musiała się nieźle nagimnastykować by jakoś wrócić do domu. Szczęściem w nieszczęściu okazał się fakt, że tramwaj 2 przystanki przed tym, na którym miałam wysiąść złapał awarię. Czas, który dzięki temu zyskałam poświęciłam na natychmiastowy kontakt z Joasią, która akurat dziś miała w pracy skrócone zajęcia.
- Uf, nareszcie. Teraz wystarczy jedynie dotrzeć do metra i dojechać do Politechniki. – Czułam, że wygrałam. Wiedziałam, iż wszystko, co się wydarzyło było pewnego rodzaju sprawdzianem.
- „Nie chodzi o to by nie było przeszkód, ale o to by umieć sobie z nimi radzić” – Zabrzmiało w mojej głowie. Tuż po tym pojawiło się znajome: „Sisi sote…”



Mróz, ciemność i padający wciąż śnieg nagle przestały budzić lęk. – Bo czy można się bać gdy za ramię trzyma nas dłoń ubrana w rękawiczkę utkaną z miękkich nitek dobra?




Słowa: „Nie chodzi o to by nie było przeszkód, ale o to by umieć sobie z nimi radzić” usłyszałam w którejś z audycji Beaty Pawlikowskiej i od tamtej chwili stały się dla mnie tym, czym dobra i mocna uprząż dla alpinisty.

Brak komentarzy: