I wreszcie po całym tygodniu, który to się wlecze jak żółw, to znów pędzi niczym gepard przyszedł czas na weekend.
Bez konkretnych planów, z plecakiem i dawką pozytywnych myśli wyruszam na dworzec. Pierwsze miasto, które z powodu koncertu Renatki odwiedzić wypada to Łódź. Już na dworcu spotykam Magdę, która słysząc moją rozmowę z konduktorem każe kupić mi bilet nie do Kaliskiej, a do Łódź Chojny, bo stamtąd podwiezie mnie jej kolega do ŁDK-u. - Skoro tak się zaczęło, to skończy się jeszcze lepiej. – Myślę zanurzając się bez reszty w świat muzyki.
W Łódzkim Domu Kultury po przebraniu się w stosowny strój zgłaszam się do pani, z którą wcześniej mailowałam. Tam prócz smacznej kawy czeka mnie cudowna, ciepła i niemalże koleżeńska atmosfera. Od razu przechodzimy na ty, opowiadając sobie o tym, co robimy na co dzień. Niestety moje życiowe ADHD w żadnym wypadku nie pozwala mi siedzieć na miejscu. Pytam czy jest coś, co mogę zrobić i najpierw pada propozycja obejrzenia wystawy kanarków. Tam pan, który bardzo przejął się rolą ze szczegółami opowiada mi o każdym ptaszku. Następnie z Agą idę rozwiesić plakaty by później siedząc w kawiarni oddać się refleksjom, które nachodzą mnie przed każdym koncertem. I wreszcie wybija 19:00. Koncert startuje, wszystko jest niby tak samo, ale… - Chcąc w miarę trafnie powiedzieć co mam na myśli, muszę oddzielić Renatę i Trio od publiczności, choć wiem, że to ma stanowić jakąś całość. W tym przypadku była to całość z małą ryską. Czasem jest tak, że wchodzisz do Sali i od razu czujesz jakiś dziwny rodzaj łączności z tymi wszystkimi, którzy są tam po to samo co ty. Nie, nie chodzi mi o to by czuć jakąś społeczną, emocjonalną więź, bo nie po to tam przyjeżdżam, ale o to by czuć, że każda z dusz przez tą jedną chwilę zmierza w tym samym kierunku. Tu tego nie czułam. Każdy był osobno. Nie przeszkadzało mi to jakoś szczególnie, choć były momenty, w których zastanawiałam się co mam zrobić i jak się zachowywać? Bo Np. czy wypada mi robić coś ponad, skoro ludzie się tylko uśmiechają?
- Dzisiaj było tak dziwnie. – Mówię R. po koncercie.
- Dziwnie? Dlaczego?
- Bo ludzie byli jacyś tacy sztywni.
- Ale uśmiechali się, przeżywali ty nie widziałaś.
- No tak, ale nie klaskali. :) – Mówię z uśmiechem przypominając sobie „Ile kosztuje miłość”
- Oj ty to byś chciała wszystko na raz. :)
Po koncertowym wieczorze, dzięki niesamowitej gościnności ŁDK-u mogłam swobodnie zanurzyć się w mięciutką pościel i z rozśpiewaną duszą pójść spać.
I teraz mała pauza, bo musi tu wystąpić podziękowanie. :) – Małgosiu, :))) po pierwsze cieszę się, że Cię poznałam i że kontakt nasz nie zakończył się wraz z sobotnim porankiem, kiedy to wsadziłaś mnie do pociągu, a po drugie dziękuję Ci za śliczne zdjęcia i pomoc nie tylko w dostaniu się na dworzec. Do zobaczenia niebawem. :)
Sobota należała do Warszawy. Postanowiłam drugi raz w moim życiu pójść na „Koniec” Krzysia Warlikowskiego. Fajnie było móc znów zobaczyć Maję na scenie, ale ten spektakl nie należy do moich ulubionych. Oczywiście wiem o co chodzi w całości, ale nie trafia on do mnie tak, jak np. „Apollonia”, „Opowieści afrykańskie wg Szekspira”, „Krum” czy „Anioły w Ameryce”. Ale Warszawę jako miasto bardzo lubię i lubię tam wracać. Ludzie życzliwi i bardzo często bywa tak, że sami podchodzą pytając jak mogą pomóc? – Zawsze wzruszają mnie takie sytuacje, bo na co dzień jest trochę inaczej. I tym razem nie musiałam spać na Centralnym, a to za sprawą Mirka, któremu dziękuję nie tylko za nocleg, cudowny wieczór przy wesoło śpiewającym kominku i pyszne wegańskie jedzonko, ale i za pomoc wszelaką.
Przy okazji części teatralnej dziękuję też Tomkowi i jego żonie, którzy umilili mi czas w przerwie swoim towarzystwem i paluszkami, które okazały się być jedyną wegańską rzeczą dostępną w kiosku. :))))
Niedziela wita pięknym słońcem. – Śniadanko, pyszna mirkowa kawa z kardamonem i wymarsz na pociąg tym razem w stronę Poznania. W przedziale ludzie milczący i niedostępni. – Na pytanie czy to już Poznań Główny? Odpowiadają ciszą. Ale za to na peronie spotykam kilka duszyczek chcących podzielić się swoim czasem i wzrokiem. Kończy się na tym, że Szymon z Martą decydują się zabrać mnie ze sobą. Martę wysadzamy po drodze, a ja z Szymonem pędzimy prosto do Suchego Lasu pod halę widowiskowo-sportową.
Szymonie, mam nadzieję, że uda Ci się znaleźć tego bloga. – Dzięki za podwózkę. Może kiedyś to ja będę mogła pomóc Tobie.
W Suchym Lesie najpierw wpadam na Bartka, któremu też dzięki wielkie za opiekę niemalże przez cały czas. Później spotykam mega niemiłą panią, która tonem lodowatym jak woda wystawiona w wiadrze na mróz informuje, że po pierwsze biletów na koncert Plateau, z którym gościnnie ma być Renia nie ma, a następnie pyta kto tu ze mną jest. – Na szczęście ludzie dobrzy nie skończyli się wraz z przekroczeniem progów hali i na koncert wchodzę. :)
Pani Karino Droga, raz jeszcze ogromne dzięki za pomoc. :) – Wierzę, że sposobność by się odpłacić przyjdzie. :)))
A odpłacać się jest za co, bo koncert Plateau z projektem „Grechuta” był świetny. Ludzie też fajnie dali się prowadzić muzyce i tym razem nie zabrakło mi niczego. Czułam, że jestem w odpowiednim miejscu i czasie.
I teraz znów kolejna dawka podziękowań. – Trochę tu lukrowo się robi, ale nie wyobrażam sobie by pominąć tych wszystkich, dzięki którym przeżyłam to, co przeżyłam.
Małgosiu, :) Twoje bułeczki z ogórkiem i owoce uratowały mnie przed pustostanem w żołądku, a Twój samochód i czas, który mi poświęciłaś podwożąc do Poznania przed nocowaniem gdzieś w bliżej nieokreślonym miejscu. :)))
Podsumowując. Weekend kulturalnej rozpusty uważam za udany, a dawką pozytywnej energii mogłabym nakarmić wszystkich, którym jesień odbiera radość. Teraz już czekam na przyszły tydzień. Aj się będzie działo. – Przemyśl, Warszawa… :)))))) – Życie naprawdę czasami bywa miłe. :)))
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz