Obserwując relacje międzyludzkie skłonna jestem przychylić się do tezy, że wiele niedomówień, przykrości czy zwykłych nieporozumień bierze się ze strachu, a strach często bierze się z nie wiedzy.
Mam 21 lat i od roku próbuję nauczyć się zasad panujących w miejskiej dżungli zwanej Warszawą. Każdego dnia wychodząc na ulicę Warszawy z białą laską czuję się podobnie do Indianina, który w poszukiwaniu jedzenia musi pokonywać dżunglę uzbrojony jedynie w łuk i maczetę. Ja miast plątaniny gałęzi i zwalonych pni drzew muszę pokonać stada dziko ryczących samochodów, labirynty podziemnych przejść i gąszcze pytań, które od przechodniów czasem spadają na mnie jak ogromne gradowe kule.
„Naprawdę nie widzisz?, Gdzie jest twój opiekun?, I pani tak sama?” – To tylko niektóre z nich. Rok temu kiedy uczuciu zagubienia towarzyszył wstyd przed laską słysząc pytania o opiekuna czułam się trochę jak ktoś, kto nie posiada wszystkich praw należnych obywatelowi. – Jak to? Nie wolno mi funkcjonować jak każdej innej osobie? Czy naprawdę nie mogę wyjść na ulicę? Czy każdy pytający o drogę wzbudza taką sensację?... A może nie wolno mi pytać? – Zastanawiałam się każdego dnia próbując jednocześnie odgadnąć o co właściwie tym wszystkim ludziom chodzi.
Musiało minąć bardzo wiele czasu, zanim zrozumiałam dlaczego pojawiają się niewygodne pytania. Dziś wydaje mi się, że to wszystko bierze się z nie wiedzy. Przeciętny człowiek po prostu nie posiada wiedzy na temat widzenia świata przez osoby niewidome. Podejrzewam, że dzieje się tak dlatego, iż na co dzień nie mówi się o tym, że my tak samo jak każdy funkcjonujemy w tym świecie, z tą tylko różnicą, że do tego funkcjonowania nie jest nam potrzebny wzrok. Uważam też, że my mamy pewnego rodzaju obowiązek mówić ludziom o tym, jak wygląda nasza codzienność i co widzimy mając świat w zasięgu laski. Z własnego doświadczenia wiem, że ludzie często chcieliby pomóc, ale ponieważ nie wiedzą jak to robić, wolą nie robić nic. Bo np. podczas przechodzenia przez ulicę przeciętny człowiek myśli, że najlepiej będzie jak podejdzie, złapie za mankiet i przeprowadzi. Mało kto wie, że najbardziej bezpieczną pozycją jest pozycja dokładnie odwrotna, czyli taka, która pozwala osobie niewidomej złapać za łokieć osobę, która chce pomóc. Z moich doświadczeń wynika też, iż ludzie często mylą brak wzroku z innymi schorzeniami. Bardzo wiele razy stojąc w zatłoczonym tramwaju słyszę: „proszę usiąść, bo się pani przewróci”. – Gdybyśmy chcieli podejść do tego logicznie, to musielibyśmy przyznać, że jedno z drugim nie ma nic wspólnego, bo przecież za zmysł równowagi odpowiada błędnik, a nie wzrok.
Zauważyłam też, że często pojawia się problem kiedy trzeba wytłumaczyć jak można w dane miejsce dojść. Bo dla mnie stwierdzenie tam, tu, za budynkiem, który tutaj stoi nic nie znaczy. Z wiadomych przyczyn ludziom ciężko jest wyobrazić sobie, że nasze pole widzenia kończy się wraz z końcówką białej laski i chcąc pomóc można np. rozejrzeć się za czymś, co mogłoby być dla nas wyczuwalne laską. Może to być krawężnik, płotek z trawnikiem czy jakiś budynek wzdłuż którego można się przesuwać.
Tu w tym miejscu chcę mówić o tym, co dla mnie ważne. Chcę mówić o tym, co mnie ciekawi, wzrusza co złości, a co raduje. - Bo wyrażanie siebie to jest najlepsza rzecz jaką można dla siebie zrobić. :)
2 komentarze:
hej Emilko! Właśnie na facebooku Daniela zauważyłam adres Twojego bloga. Wydaje mi się, że świat z Twojej perspektywy musi być bardzo ciakawy, więc z ogrooomnym zapałem zabieram się za czytanie :)
Super, że dzielisz się swoimi doświadczeniami :) Z pewnością ucieszy to osoby, które borykają się z podobnymi problemami, ale nie tylko! Pomoże to nam wszystkim uruchomić wyobraźnię! Pozdrawiam!
Prześlij komentarz