Dziś dzień iście wiosenny. Jak tu się nie radować, kiedy wszystko śpiewa, pachnie i tak po prostu cieszy. :)))
W Świdnicy odbywa się jakiś zlot motorów. Chyba motocykliści mają święto, bo cały rynek wypełniony motorowymi dźwiękami. I jak to często przy takich okazjach bywa uruchomiono też punkt, w którym można oddać krew. Od razu kiedy dowiedziałam się o tym poszłam by i swoją kropelkę dorzucić. Pani poprosiła dowód, spisała dane i wręczyła plik kartek, które rzecz jasna należy wypełnić. Na szczęście były ze mną mama i siostra więc z wypełnieniem sobie jakoś poradziłam. Ale kiedy siostra kazała podpisać pomyślałam, że właściwie tak naprawdę nie do końca wiem, co podpisuję? I złapałam się na tym, że zawsze słysząc: „podpisz tutaj” biorę długopis i bez chwili wahania kreślę nazwisko. rzadko kiedy przychodzi mi do głowy by zapytać cóż to za dokument właśnie podpisałam?
Z wypełnioną ankietą czekam na doktora. Ale najpierw próbka do badania. Trzeba sprawdzić grupę, hemoglobinę etc. Nigdy nie lubiłam pobierania krwi, bo często proces szukania odpowiedniej żyły sprawiał, że po którejś próbie miałam serdecznie dość wszystkiego, co wiąże się z igłami. :D Na szczęście tym razem poszło sprawnie i po kilku sekundach moja krew uzyskała status nadającej się do przydzielenia jej komuś potrzebującemu. Ucieszyłam się, choć myśl o tym, że teraz przez ileś minut będę siedziała z czymś, co przedziurawi mi żyłę nie była najprzyjemniejszą rzeczą. Ale zanim to się stanie czeka mnie jeszcze ostatnia selekcja, czyli krótka wizyta u lekarza. I tu niestety poległam. Po obejrzeniu karty przyszła kolej na ważenie, a później na mierzenie ciśnienia. By móc oddać krew trzeba ważyć minimum 50 kilogramów, a ciśnienie musi być minimum 110 dolnej granicy nie pamiętam, ale ani jednego ani drugiego pozytywnie nie zaliczyłam i doktor stwierdził, że nie da rady. Pomyślałam, że może jeszcze poubieram się w jakieś rzeczy, powkładam coś do kieszeni, wypiję kilka kaw… Bo w sumie czuję się dobrze i chciałabym oddać krew, ale doktor skwitował mnie stwierdzeniem, że gdyby coś mi się stało, to on pójdzie w pasiaki. :D Nie, no przyczyną do ubrania pasiaków absolutnie nie mam zamiaru się stać. Pan przeprowadzający badania jednak zaczął zastanawiać się nad jeszcze jedną rzeczą.
- Ciekaw jestem, jak wygląda procedura oddawania krwi pod względem prawnym. Nigdy jeszcze nie miałem osoby niewidomej. – Powiedział kończąc wypełnianie dokumentów.
Po kilku chwilach pani, która chyba trochę znała się na tych prawnych zawiłościach poinformowała, że w każdym punkcie krwiodawstwa powinny być dostępne w brajlu pytania do ankiety. Później powiedziała, że w sumie i tak musiałabym być chyba z prawnym opiekunem, ale szybko rozwiała swoje wątpliwości stwierdzając, że pewnie raczej i tak nie poruszam się sama…
Czasem więc dobre chęci to zbyt mało. Teraz przyszło mi do głowy, że poszukam informacji jak i gdzie można oddać szpik? Może spełnię kryteria, które tam obowiązują?
A krew, której ludzie wciąż potrzebują powinna być pod „ochroną”. – Może to pozwoliłoby na chwilę refleksji?... – To niedorzeczne by bez najmniejszego sensu przelewać coś, czego wciąż gdzieś ktoś potrzebuje po to, by żyć…
Za kilka chwil wyposażona w uśmiech, pozytywne myśli i teczkę z papierami potrzebnymi do podpisania nowej umowy wyruszam na spotkanie z przygodą. Najpierw Wrocław. Tam przesiadka na pociąg, który jutro wczesnym rankiem wysadzi mnie w Gdańsku gdzie wreszcie odwiedzę Kingę. Oczywiście odwiedziny nie mogłyby się udać bez motyli, :))) które przecież przypominają o delikatności, lekkości i ulotności. Czy nie takie właśnie są marzenia? – Wierzę, że motyle na swych miękkich skrzydełkach zaniosą do Kingi wszystko to, czego w słowach zamknąć nie sposób… - Z resztą. Czasem słowa nie są wcale potrzebne… :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz