niedziela, 10 kwietnia 2011

Ona dotarła do mnie

Wydarzenia mijającego powoli weekendu to kolejny powód do tego, by zaczerpnąć ze słów o podróżniku i o tym, że nie ma on z góry ustalonych planów.


Miałam być w Gdańsku, odwiedzić grób Kingi, spotkać się z Roli, odwiedzić plażę… A jestem w Świdnicy, z całą masą pozytywnej energii i koszami wypełnionymi świeżutką magią płynącą z oliwkowych spotkań.

Ale może po kolei.



Do Warszawy wyruszyłam właściwie już w piątek, bo z braku dogodnego połączenia między Świdnicą, a Wrocławiem, z którego by zdążyć na spotkanko musiałam wyjechać przed 05.00 skorzystałam z uprzejmości Ani i zdecydowałam się przenocować w Brzegu. Umówiłam się z Anią we Wrocławiu, do którego jechałam pełna nadziei, że moja pierwsza wypłatka przyjdzie na konto najpóźniej do wieczora. Bardzo na to liczyłam, bo pomyślałam, że skoro do 10 dnia każdego miesiąca są płatności i skoro 10 kwietnia wypada w niedzielę, to na koncie pieniądze będą wcześniej. I teraz widzę, że popełniłam dość sporą pomyłkę nie biorąc pod uwagę wersji, która wyklucza pojawienie się pieniędzy… Kiedy po 20.00 konto nadal było puste wiedziałam już, że pod ogromnym znakiem zapytania stoi mój wyjazd do Gdańska.


Rano pobudka przed 04.00, szybka kawa, kilka winogron i 04.30 wymarsz na dworzec. Droga Aniu, dziękuję za wszystko. Za nocleg, za dobre słowa i za to, że zdecydowałaś się by wstać ze mną o tej nieludzkiej godzinie, bo wczoraj była przecież sobota… - Na dworcu krótkie pożegnanie z Anią i oto z pomocą nieodłącznej białej towarzyszki znalazłam się w pociągu, który o dziwo był prawie pusty. Nie chciało mi się daleko szukać toteż po wejściu do wagonu otworzyłam pierwszy napotkany na swojej drodze przedział. Prócz jednego bardzo miłego chłopaka nie było w nim nikogo. Po usadowieniu plecaczka obok drzwi, powieszeniu płaszcza w odpowiednim miejscu przyszedł czas na zajęcie pozycji horyzontalnej. Właśnie zdejmowałam buty kiedy uświadomiłam sobie, że z tym spaniem trzeba poczekać przynajmniej do nadejścia konduktora. I oto jest. Wraz z pojawieniem się w drzwiach pana pojawiło się wnętrze mojego portfela. Miałam w nim 29,50 i to tylko dzięki babuni, która 20 złotych cichaczem do niego wczoraj wsunęła. Moja matematyka zdecydowanie nie jest umiejętnością, którą mogłabym się pochwalić, :D ale pamiętam, że kiedyś z Brzegu do Warszawy płaciłam 27 złotych z groszami. Z cieniem obawy poprosiłam o bilet z Brzegu do Warszawy Centralnej, prosząc jednocześnie podróżniczego opiekuńczego ducha by ewentualne plany opuszczenia przedziału odłożył na późniejszą chwilę. :)))Z całej siły też wierzyłam, że wszystko ułoży się pomyślnie. Przecież gdyby miało być inaczej, to pewnie na mojej drodze pojawiłyby się różne okoliczności uniemożliwiające ten wyjazd…
- 28,91. – Usłyszałam po chwili. – Oh, babuniu tu zwykłe dziękuję, to chyba za mało. – Pomyślałam chowając papierek uprawniający mnie do przejazdu. Z radosnym poczuciem trwającej chwili przytulając się do plecaka odpłynęłam w krainę Morfeusza.


Sen jednak nie potrwał długo. Przez wiejące od kilku dni wiatry i zerwaną trakcję pociąg musiał jechać inną trasą. W efekcie zyskałam dodatkowe 160 minut. Jadący ze mną chłopak wysiadł w Częstochowie, a ja korzystając z dodatkowego czasu wyciągnęłam laptopa. Faktem, że na 100 procent do kina Atlantic się spóźnię postanowiłam na razie nie zawracać sobie głowy. Chcąc zadzwonić do Oliwek z prośbą o to by trzymały dla mnie miejsce uświadomiłam sobie, że stan mojego konta w komórce pozostawia wiele do życzenia. Ale ponieważ internet w laptopie działał w miarę sprawnie, a na koncie bankowym miałam aż 7 złotych, stwierdziłam że zrobię z tego użytek i doładuję telefon chociaż za 5 złotych. Dzięki Chopinowi, który kilka tygodni temu znalazł sposób na to bym mogła takie doładowanie przeprowadzić bez pomocy oka wszystko przebiegło sprawnie.


Kilka minut po 13.00 wreszcie znalazłam się na dworcu. I tym razem opiekuńczy duch podróżnych nie zostawił mnie samej, bo po kilku minutach kluczenia i poszukiwań znalazłam wreszcie panią, która zdecydowała się podprowadzić mnie pod samo kino. Dzięki temu spóźniłam się tylko pół godziny. – W kręgu oliwkowej magii poczułam się od razu cudownie. Teraz już wiedziałam, że nie może spotkać mnie nic przykrego.


Udało mi się też zgodnie z tym, co planowałam założyć otrzymaną od Basi sukienkę. :)))


O spotkaniu i oliwkowym słoneczku, które nigdy nie daje się zasłonić żadnym chmurom napiszę kiedy indziej.


Teraz krótko, ale najszczerzej jak tylko potrafię dziękuję wszystkim, bez których dotarcie i powrót byłyby o wiele trudniejsze.

Kochana Joasiu, dziękuję za wszystkie próby pomocy. Za wszystkie pozytywne słowa i myśli i za pamięć.
Oliweczkom dziękuję za ciepło, akceptację i spokój, który otacza mnie zawsze podczas spotkań. Marianie, Tobie za to, że do domu nie wracałam na gapę, a Tobie Kochana Iwonko za zdjęcia i uśmiech. :)


Wszystkim spotkanym na swojej drodze przechodniom, w których widok istoty z plecakiem i białą laską nie włącza wstecznego biegu dziękuję za pomoc, ale przede wszystkim dziękuję za każde dobre i ciepłe słowo.


Do Kingi najprawdopodobniej dotrę w następny weekend. – Teraz mogę cieszyć się faktem, że wraz z wiatrem, przybierając postać spotkanych na mojej drodze ludzi Kinga dotarła do mnie…

Brak komentarzy: