Gdybym chciała jednym słowem określić wydarzenia minionego tygodnia, to najtrafniejszym chyba byłoby słowo „hamulec”, bo wszystko, co się wydarzyło zmusza do pewnych refleksji, ale może po kolei.
W poniedziałek wieczorem z pomocą miłych panów z budki strażniczej dostałam się do pociągu relacji Wrocław – Gdynia. Trafiłam idealnie, bo pan posadził mnie w przedziale dopiero co opuszczonym przez zmieniającą się drużynę konduktorską. Po kilku minutach okazało się, że dołącza do mnie dziewczyna, która już na wstępie poinformowała mnie, że chyba muszę opuścić przedział, bo jest on zarezerwowany dla osoby niepełnosprawnej i matki z dzieckiem.
- No właśnie dlatego tu siedzę, jestem osobą niepełnosprawną. – Odparłam z uśmiechem wskazując na laskę.
Po kilkunastu minutach do mnie i do Anny dołączyli jeszcze Jula z Łukaszem. Konduktor posadził ich w naszym przedziale, bo na korytarzu atmosfera przypominała bardziej tę, która panuje w puszce z sardynkami, Z tą tylko różnicą, że biedne sardynki raczej nie mają możliwości by wpłynąć na swoją sytuację. Julka i Łukasz okazali się bardzo sympatycznymi młodymi ludźmi. Usiedli w naszym przedziale pod pretekstem opiekowania się osobami niepełnosprawnymi.
- Słuchaj, to w jaki sposób ty zasypiasz? Ja zasypiam jak mój wzrok idzie spać, a skoro dla ciebie nie ma to różnicy to jak, śpisz z otwartymi oczami? – Zapytał Łukasz gdy już cała nasza czwórka ułożyła się do snu.
- Nie. Wydaje mi się, że jak zasypiam to zamykam oczy, ale wiesz, nigdy się nad tym nie zastanawiałam. – Odpowiedziałam próbując jednocześnie przypomnieć sobie moment zasypiania.
- A jakie masz sny? – Zapytała Jula.
- Takie jak wy. Normalnie czuję zapachy, smaki, wiatr czy deszcz. Czuję np. czyjąś dłoń albo słyszę głos osoby, z którą rozmawiam.
- Jej, to ja też chcę czuć zapachy w moich snach. – Powiedziała z uśmiechem Julka.
- A czy nie mówiłam na początku, że z tego braku wzroku można wyciągnąć sporo korzyści? :D
I tak gawędząc zanurzaliśmy się powoli w krainie Morfeusza. Po 8 godzinach wreszcie upragniony Gdańsk. Najpierw Gdańsk Główny, w którym pożegnanko z Łukaszem i Julą. Wymieniliśmy się telefonami i mam nadzieję, że los jeszcze pozwoli spotkać się nam gdzieś na szlaku, bo Jula i Łukasz też podróżują czasami stopem. We Wrzeszczu z pomocą chłopaka, który dosiadł się do nas w Tczewie wysiadła Ania i nareszcie! Upragniona Oliwa, w której czekała już Joanka. Od razu padłyśmy sobie w objęcia. Później magiczny spacer po parku Oliwskim, spotkanie z Juliuszem i wizyta u Krzysia, który z myślą o mnie przygotował ryż z groszkiem i cynamonem w sposób wegański rzecz jasna.
Plan na kolejną część dnia był prosty. Najpierw odwiedziny Kingi, później ja na krótkie spanko, a Krzysztof z Joanką do nauki i pracy, wieczorkiem zaś spotkanko z Izą i herbatka.
Niestety leki, które brałam od kilku dni miast przynosić zamierzony skutek obdarowały mnie prawie wszystkim, co w ulotce ma status skutki uboczne. Postanowiłam jednak się nie dać i po pysznej kawce z cynamonem wraz z Joasią wyruszyłam na cmentarz. Tam po zapaleniu znicza i zostawieniu wiązanki z motylkami usiadłam na dobrze mi już znanej ławeczce. Asia postanowiła, że nie będzie mi przeszkadzać i umówiłyśmy się, że za jakiś czas wróci tu po mnie. – Kochana Asiuniu dziękuję za każdą sekundę. Dziękuję za pomoc, za ciepło i opiekę i za to, że jesteś. Czas, który spędziłam na rozmowie, a raczej na monologu siedząc przy grobie Kingi zaowocował paroma bardzo trafnymi wnioskami. – Zobaczymy co z nich wyniknie, ale jedno wiem. Zmiany będą mogły zaistnieć dopiero wtedy, kiedy ja dam sobie na nie szansę… Siedząc na cmentarzu zauważyłam naprawdę dziwną rzecz. W normalnych okolicznościach, nawet przy dość wysokich temperaturach czasami jest mi zimno. We wtorek pogoda przypominała bardziej listopad, a mimo to przez cały czas, kiedy siedziałam przy Kingi grobie w ogóle nie odczuwałam zimna. Zaczęłam je czuć dopiero po opuszczeniu cmentarza, ale obecność Joasi pomogła jakoś przetrwać. Gdy ponownie dotarłam do Krzysia nagle poczułam, że jedyne, co w obecnej chwili jestem w stanie zrobić to położyć się i po prostu leżeć. Nagle wszystko, co niepożądane zaczęło dawać o sobie znać. Zmęczenie, zimno i wszystkie uboczne skutki leków [których pozbyłam się przy najbliższej okazji] stworzyły mieszankę, która zdecydowanie utrudnia normalną aktywność. – Po kilku burzliwych godzinach krótkie spotkanko z Izą, herbatka i wieczorem ubrana w mój polar, Krzysia bluzę, kurtkę, szalik i czapkę wraz z Joasią i Krzysztofem udaliśmy się na dworzec, a ponieważ moje samopoczucie pozostawiało wiele do życzenia postanowiłyśmy z Asią, że lepiej będzie jak wrócę sobie w przedziale z miejscem do leżenia. Niestety w skutek małego nieporozumienia noc spędziłam w przedziale z rodzinką, miałam szczęście, bo ostatnie wolne miejsce zostało przy drzwiach więc nie myśląc zbyt wiele zwinęłam kurtkę i usiłując nie słyszeć muzyki, wrzasku młodzieży i szumu pociągu próbowałam zasnąć. We Wrocławiu okazało się, że rodzinka akurat przesiada się na ten sam pociąg, którym ja miałam jechać do Ani. Ucieszyło mnie to niezmiernie, bo chyba nie miałabym siły by szukać kogoś, kto „pożyczy” mi oka w celu znalezienia odpowiedniego pociągu. :D
U Ani spędziłam kilka trudnych, ale cudnych dni. – Anulko, dziękuję Ci za wszystko, za każde ciepłe słowo, za każdą poświęconą mi chwilę i za to, że bez słowa skargi znosiłaś mnie i moje dolegliwości przez te 2 dni.
Pobyt w Gdańsku i późniejsze dni nie były łatwe, ale mam wrażenie, że były niezbędne. Wiem, że bez opieki Joasi i Krzysia i bez wszystkich chwil, które spędziłam u Ani koniec całej eskapady mógłby nie być tak pomyślny.
Joanko, Krzysztofie, Aniu – dziękuję za ten duży i szczelny parasol, który rozłożyliście nade mną osłaniając przed lodowatymi strugami deszczu. :)
1 komentarz:
No to teraz czekam na relację z targów :)
Prześlij komentarz