niedziela, 12 czerwca 2011

Free Spirit

O tym, czego nauczyła mnie podróż do Gdańska, o tym, że wreszcie zrozumiałam dzięki Grzegorzowi, którego poznałam dlaczego pociąg jadąc po torach nie spada i o innych ciekawych rzeczach opowiem może innym razem.



Teraz, kierując się znaną już zasadą priorytetów najpierw z całego serca i całej duszy dziękuję Magdusi i Żanci za odbiórkę z dworca, za pomoc w dotarciu do „Zejmana”, za opiekę i za zaproszenie do „Żanwaya”, :D w którym wszystko było przepyszne. – Dla niewtajemniczonych „Żanway” to wegańska jadłodajnia zorganizowana specjalnie dla mnie w domku Żanetki. ): A mówiąc innymi słowy „Żanway” – to po prostu cudny obiadek, który dziewczynki dla mnie ugotowały. – Kochane jeśli tylko będziecie w okolicach Świdnicy, Wrocławia czy każdego innego miejsca, w którym będę stacjonowała to cały kompleks utrzymaniowy z „Emilwayem” na czele macie zapewniony. :D


Piątkowy wieczór zaczął się niesamowicie. Kiedy tylko dotarłam do „Zejmana” i usiadłam na ławeczce usłyszałam głos mamy Kingi, która właśnie udzielała jakiegoś wywiadu.
- A czy jest już ktoś ze znajomych Kingi? – Zapytała dziennikarka.
- Ze znajomych nie widzę jeszcze nikogo, ale jest tutaj dziewczynka, którą Kinga inspirowała, Emilko.
I w ten oto sposób kolejny raz mogłam opowiedzieć jak ogromny wpływ każdego dnia ma na mnie Kinga.


Po rozmowie przyszedł czas na wejście do klubu. Wszystko drewniane, na suficie wiszące sieci rybackie, liny do cumowania, bony i kawałki wyłowionych wraków statków. Ale dla mnie najważniejszy był zapach, który przypominał trochę zapach piwnicy. Siedząc na drewnianej ławeczce dałam porwać się magii słów płynących z serca i ust mamy Kingi. Później moja buzia dała się porwać czereśniowemu nalotowi, który zafundowała mi malutka Nadia wsypując do otwartej buzi owoce. :)))


Słuchając afrykańskich opowieści słyszałam jednocześnie w głowie głos śpiewających marzeń, które z radością zaczęły rozkwitać niczym roślinki pieszczone przez delikatne promienie wiosennego słońca.


Po spotkanku z pomocą taty Kingi szybki przejazd do Sopotu, odbiór mojej pomarańczowej torby, którą oczywiście Magdusia i Żancia wyposażyły w wegańskie smakołyki i powrót do „zejmana”, w którym przez siostrę Kingi Martynę zostałam zaproszona na nocleg do domu Mamy Kingi. I teraz, jeśli powiem, że od piątkowego wieczoru czuję się tu tak, jak gdybym była częścią tej rodzinki to nie będzie w tym ani cienia przesady. Wczorajszy cały dzień był dla mnie niesamowity. Ranek był cudny, bo Beatka miała urodziny, które były kolejną okazją do ubrania w słowa wszystkiego, co pływa w sercu. Po południu odwiedziny grobu Kingi, zabawa w ogromnej przezroczystej piłce, którą po napompowaniu spuszcza się wraz z człowiekiem w środku na wodę, spacerek brzegiem morza, szybkie zakupy i powrót do domku, w którym długo rozmawiałam z panią Krystyną upajając się jednocześnie tym, że jestem w miejscu, z którego kiedyś wszystkie swoje podróże rozpoczynała Kinga…


I jak to z reguły bywa los już doskonale wiedział gdzie mnie przyprowadzić, bo moje rozstanie się z firmą, w której pracowałam miało sens. Teraz idąc za głosem wnętrza mogę poświęcić czas na to by pomóc spełniać marzenia wielu dzieci. – Bo czasem naprawdę tak niewiele trzeba by na czyjejś buźce pojawił się płynący z serca uśmiech. 16 czerwca jest dzień pomocy dziecku afrykańskiemu, a fundacja „Free Spirit”, która objęła opieką małą rybacką miejscowość Moree obecnie zbiera fundusze na bilety by zespół z Moree mógł w lipcu przybyć i wystąpić na festiwalach. – Nie wiem ile z moich planów uda mi się zrealizować, ale wiem jedno. Strona fundacji to miejsce, które zamierzam odwiedzać regularnie. – Bo czy jest lepsza forma dzielenia się z drugim tym, co od losu dostałam?...

Brak komentarzy: