Uwielbiam początki. I uwielbiam też końce. Bo koniec jednego automatycznie oznacza początek drugiego.
Wczoraj był początek nowego roku tybetańskiego. – Jeśli wierzyć przysłowiu, że: „jaki nowy rok, taki cały rok” to mój rok będzie wspaniały. Wczorajszy dzień spędziłam w Grabniku we wspaniałej atmosferze i ze wspaniałymi ludźmi.
Obchody Losaru to chyba najważniejsze święto dla Tybetańczyków. Pierwszy raz miałam przyjemność uczestniczyć we wszystkim, co dzieje się podczas takich obchodów.
Czuję, że wszystko, co się tam wydarzyło przyniesie mi mnóstwo siły do pokonania tego, co pokonać muszę. I może dlatego nie jestem w czarnej rozpaczy wiedząc, że nie bardzo na razie mam gdzie mieszkać, na szybkie znalezienie fajnego pokoju się nie zanosi, a do pracy chodzić chcę i muszę. Ta praca to kolejny potężny krok na drodze do spełnionych marzeń. Dzięki temu, że wiara w marzenia nieodłącznie towarzyszy mi każdego dnia mam siłę by nie pozwolić czarnym myślom zawładnąć moim wnętrzem. Chcę wierzyć w to, że będzie dobrze, że wszystko się ułoży.
Sytuacja, która teraz się dzieje ma tyle samo pozytywnych stron jak i negatywnych. Ode mnie zależy na które zwrócę uwagę. Dziś dzięki Berry mam ciepły kont. Co jutro?... – Teraz jest dzisiaj i chcę cieszyć się tym, że siedzę z fantastycznymi, młodymi ludźmi, że spotkałam się z Jagódką. Pisząc te słowa czuję jeszcze smak pysznej cynamonowej herbatki, która rozgrzewa ciało, ale i pozwala na to by ciepłe myśli wypełniły każdy zakątek duszy. :) Siedząc tu, w akademiku przypominam sobie jak rok temu nieudolnie stawiałam pierwsze kroki w poszukiwaniu pracy. Czy mogłabym wymarzyć sobie lepszy koniec tych żmudnych poszukiwań?
Wszystko zdarza się po coś. A przeszkody są po to by z ich pokonania czerpać siłę do zapisywania marzeń w księdze tych, które się spełniły. :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz