niedziela, 20 marca 2011

Nie to proste, co proste...

W piątek wieczorem, korzystając z okazji, że akurat do Świdnicy jechał kierowca, którego kilka miesięcy wcześniej poznałam wracając z Warszawy postanowiłam choć na chwilkę odwiedzić babcię. Za każdym razem kiedy po dłuższej chwili wracam do Świdnicy czuję w powietrzu spokój i jakąś dziwną lekkość, która otula wszystko w około.




Sobotę poświęciłam na spotkanko z Agą i na to, czego podczas tych kilku tygodni pełnych szumu, stresu i nieporządku zrobić nie mogłam. Wreszcie bez ciężkich i przygniatających myśli powędrowałam do Afryki by wraz z
Kingą podróżować na białym wielbłądzie chłonąc wszystko, czym afrykańskie bezdroża chciały się ze mną podzielić. Prócz Afryki odwiedziłam też miejsce, w którym zdecydowanie brakuje zapachu rozgrzanego piasku i spokoju afrykańskiej codzienności. :))) Wczoraj postanowiłam, że skoro na razie szukanie pokoju posuwa się w tempie spacerującego ślimaka to trzeba czym prędzej założyć sobie stałe łącze w domu by móc pracować nie przyjeżdżając do biura. I w tym celu odwiedziłam salon „Orange”, w którym dziś rano udało się dopełnić wszystkich formalności. Za kilka dni powinnam móc aktywować router i teoretycznie wszystko powinno działać.


Podpisując umowę zadawałam wszystkie pytania, jakie tylko przyszły mi do głowy. Wyszłam z założenia, że lepiej zadać mega głupie pytanie niż później próbować samemu znaleźć odpowiedź na nurtującą kwestię.
- A proszę mi powiedzieć czy ktoś przyjdzie podłączyć ten router jak już sygnał będzie aktywny? – Zapytałam z lekkim uśmiechem.
- Nie. To jest naprawdę bardzo proste. Tu jest wszystko napisane. Wystarczy tylko podłączyć urządzenie do komputera, aktywować i wszystko będzie działało. – Ostatnie słowa zostały wypowiedziane z lekką nutą niepewności. – Pani po prostu wyraziła to, co ja czuję zawsze kiedy jestem w kontakcie z czymś, co trzeba instalować.
- No tutaj, to będzie musiała pani kogoś poprosić żeby pani to zrobił. Bo my nie możemy tego wytłumaczyć, a do domu by podłączyć taki router nikt nie przyjeżdża.
- Instrukcji obsługi w wersji elektronicznej też pewnie nie ma, prawda?
- Prawda. Ale może znajdzie się jakiś życzliwy sąsiad.
Ha, nie to proste, co proste, ale to, co możliwe do zrobienia. – Pomyślałam wyciągając z pudełka małą plastikową skrzyneczkę z antenką. W teorii faktycznie być może „tu” jest wszystko napisane i może nawet podłączenie takiego urządzenia nie jest zbyt skąp likowane, ale czego wymagać od osoby, która utyka już na punkcie: „przeczytaj dokładnie instrukcję”?... :)))))


Póki co na sygnał z sieci będę musiała poczekać i właśnie dlatego dziś wieczornym autobusem wyruszam do Warszawy. Jutro w pełnej gotowości i z zasobami nowej energii czas wracać do pracy. – Czuję, że najbliższe dni znowu przyniosą mi mnóstwo atrakcji związanych z poszukiwaniem noclegu. Jedno czego mogę być pewna to fakt, że na nudę narzekać nie będę. – Bo przecież nie można się nudzić gdy pozwalamy by każdego dnia prowadził nas los :))) – Mnie w prawdzie los na razie prowadza jedynie po nieznanych drogach codzienności, ale wiem, że przyjdzie czas, w którym zaprowadzi tam, gdzie pragnienie gasi się świeżo wyciśniętym sokiem z dopiero co zerwanych ananasów, a wieczorami siedząc przy strzelającym ogniu wraz z ludnością wioski zjada się smażone banany by po chwili wciągając w płuca zapach tropikalnej nocy zasnąć otulona szczelnie w moskitierę. :)

Brak komentarzy: