poniedziałek, 14 marca 2011

Za chmurami

Dzisiejszy dzień zdecydowanie nie należy do łatwych.

Zaczynam powoli odczuwać brak jakiegoś stabilnego portu. Wędrowne życie byłoby fantastyczne, ale może nie w pełnej ryczących samochodów i rozbieganych wciąż ludzi Warszawie. Albo nie, może źle się wyraziłam. Warszawa byłaby ok., gdyby nie fakt, że jednak do pracy trzeba przychodzić w jako takiej formie. Dziś musiałam stawić czoła maleńkiemu kryzysowi, który niespodziewanie dał znać o swoim nadejściu.


Opuszczając rano dom Julki starałam się nie myśleć zbyt dużo i otulana przez zapach budzącej się do życia roślinności cieszyłam się bliskością wiosny. Ale los zdawał się mieć dla mnie zdecydowanie nieciekawy plan. Zaczęło się od tego, że chcąc nie spóźnić się do pracy musiałam wbiec do odjeżdżającej już kolejki. I w samym wbieganiu nic dziwnego by nie było, gdyby nie fakt, że mój plecak ważył mniej więcej połowę tego, co ja. Na dodatek ręka Julki, która wczoraj przygarnęła mnie pod swój dach prawie została zmiażdżona przez zamykające się drzwi. Czułam się fatalnie myśląc, że może Jula potrzebowałaby teraz pomocy, a ja poza napisaniem sms-a nic więcej na razie zrobić nie mogę. Na szczęście wszystko skończyło się dobrze. Siedząc koło pana, który swym zapachem i ilością łapczywie pochłanianej wody zdradzał oznaki niedzielnego spotkania z kolegami :))) zastanawiałam się jak potoczy się dzisiejsze spotkanie w sprawie pokoju? Nie miałam na razie pomysłu na to by w jakiś sensowny sposób dotrzeć na Saską Kępę, a i samopoczucie fizyczne pozostawiało wiele do życzenia. Doskonale wiedziałam też, że jeżeli dzisiejsze oglądanie pokoju nie zakończy się przyjęciem oferty to nie mam znowu gdzie nocować. Na razie jednak musiałam martwić się tym, że kolejka jak na złość co chwilę staje przepuszczając po dżentelmeńsku wszystkie możliwe pociągi. Gdy wreszcie z gigantycznym spóźnieniem dotarłam na Śródmieście starałam się zapomnieć o plecaku, którego ciężar coraz wyraźniej dawał się we znaki i na drżących nogach, prowadzona przez przypadkowego przechodnia popędziłam do metra. Na Słodowcu okazało się, że i 110 i 112 właśnie odjeżdżają.
- No nie. Więc to wszystko na nic? – Pomyślałam opierając się całym ciężarem na lasce. – W pracy jedynym plusem był fakt, że zostaliśmy puszczeni do domu kilka godzin wcześniej. Ania zmierzająca na Piwną zaproponowała bym pojechała z nią, bo skoro nie mam noclegu to może tam u sióstr udałoby się coś zorganizować. Z nieopisaną ulgą rozstałam się [przynajmniej na dzisiejszy wieczór] z moim plecakiem zabierając tylko to, co może być mi potrzebne w ciągu najbliższych 12 godzin. Jechałam do sióstr Franciszkanek z nadzieją, że może nie będę musiała kolejny raz zawracać swoją osobą komuś głowy i że może pokój na Saskiej Kępie okaże się być tym, czego szukam. – Ale stało się jednak inaczej. Wspomniana wcześniej kolejka sprawiła, że chcąc czy nie musiałam raz jeszcze spotkać się z Julą, bo wyszarpując rękę z zamykającej się paszczy pociągu zostawiła swoją torbę z dokumentami. Dzięki temu, że się spotkałyśmy problem dojazdu na Saską rozwiązał się sam. – I kolejny raz słowo „dziękuję” zdaje się nie być wystarczające. Jula pojechała ze mną obejrzeć pokój, a później zawiozła mnie z powrotem na Piwną do sióstr gdzie dziś otrzymałam nie tylko ciepły kąt, ale i mnóstwo życzliwości.


Nie wiem jeszcze gdzie los zaprowadzi mnie jutro i jakie niespodzianki chowa w zanadrzu, ale na 100 procent wiem, że mimo chmur słońce gdzieś w górze świeci nadal. Peleryna utkana ze słów dających siłę nie pozwoli by padający deszcz zagasił pachnący słodkim spokojem ogień lekkiej niczym motyl nadziei.

Brak komentarzy: